Andrzej Lorbiecki. Trzy cmentarze – trzy tablice. Część 3 – Ucieczki.

Rozstrzeliwań dokonywano w różnych do dziś dokońca nieustalonych miejscach miasta. Te znane to: Pola Daleckiego i Lasek Doksa – (dzisiejsze osiedle Leśne, okolice nowego szpitala), oraz Lasek Miejski i najbar- dziej osławione Pola Igielskie nazwane po wojnie „Doliną Śmierci”.

Pola Igielskie czyli cała „Dolina Śmierci” dzieliła się na: „Witki” – (jest to dzisiejszy rejon od ścieżki prowadzącej za cmentarzem Francuskim, do końca zabudowań piekarni. Rejon „Witek” położony jest około 100 m w kierunku lasku miejskiego, od drogi z Chojnic do Czartołomia). „Ostrówek” – (zadrzewiona polana na której stoi pomnik pomordowanych) „Pola Igielskie” – (to pozostały teren prastarej doliny, gdzie znajdowały się polskie rowy obronne z 1939 roku).

„Wstrętną rolę denuncjantów i oprawców sprawowali przeważnie: rolnik Arndt, były pracownik firmy „Lupinius” Zisper, Ernst, Riedel, Meiferd, Schroeder, Schau, Nehring, Riemer dyr. ”Lupiniusu” i Brokenhagien. Ci wszyscy brali też bezpośredni udział w rozstrzeliwaniu Polaków”.

„O jakieś 500 metrów od owego ponurego miejsca kaźni, znajdowały się zabudowania gospodarskie rolnika Antoniego Schuelkiego. Schuelkie był niejednokrotnie świadkiem dokonywanych w dolinie egzekucji. Ukryty w swym obejściu najlepiej z za stodoły, mógł obserwować wszystko co działo się w dolinie. Zeznaje on, że od 1 listo- pada aż do początku grudnia 1939 r. zastrzelono tam około 500 osób. Ze względu na odległość nie mógł rozpoznać ska- zańców, zwłaszcza, że egzekucje odbywały się często w mrocznych już godzinach popołudniowych. Odróżniał tylko męż- czyzn, kobiety i dzieci. Poznawał też Niemców w mundurach SS i Gestapo, strzelających do swych ofiar przeważnie z pisto- letów. Delikwentów rozstrzeliwano pozbawiwszy ich uprzednio wierzchniego odzienia, płaszczu i marynarek. Świadek często widział bezowocne próby ucieczki, widział jak niektórzy skazańcy zwracali swą twarz ku strzelającym do nich oprawcom, by im w ostatnim przedśmiertnym spojrzeniem całą swą wzgardę okazać; słyszał też rozpaczliwe krzyki i wołania o pomoc, seryjne strzały i następujące po nich jęki konających”.

Pomimo tak wielkiego terroru zdarzały się próby udanych ucieczek. Znanych i opisanych jest 6 ucieczek. Najbardziejznana jest ucieczka kupca Styp-Rekowskiego.

Świadek Pokrzywiński mistrz rybacki z Chojnic zeznaje: „W trakcie rozdawania jedzenia w Zakładach Krajowych, widział jak 25 listopada 1939r. o godz. 17-tej, wyprowadzono pod silną eskortą Gestapowców, szereg osób. Były to: profesor Wagner, major Nieborak, dwaj właściciele ziemscy, Pruszak i Chrzanowski, urzędnik kolejowy Wyrobek i kupiec Styp-Rekowski. Między nimi znajdowała się kobieta. Wspomnianemu Styp-Rekowskiemu który znajdował się w sze- regu owych skazańców udało się zbiec w ostatniej chwili…”. Lecz posłuchajmy co on sam o tym opowiada: Aresztowany został 10 października 1939r. w Gockowicach i osadzony początkowo w gestapo przy ul Ramy 6, a następnie w chojnic- kim więzieniu. Po czterech tygodniach przeniesiony został do Krajowych Zakładów Opieki Spo- łecznej. „24 listopada około godz. 14.00 wywołano Rekowskiego z celi wraz z drugim nieznanym mu mężczyzną i kazano pozostać na korytarzu. Z innych cel wyprowadzono jeszcze innych. Razem było ich 8-miu. Po sprawdzeniu nazwisk, esesmani wyprowadzili ich na podwórze. Tam czekała już na nich piątka ludzi, którą stanowili: profesor Wagner, dwaj właściciele ziemscy, Pruszak i Chrzanowski, major Nieborak i pracowniczka P.K.O. Sabiniarzówna. Dwóch Niemców z Selbstschutzu wyprowa- dziło ich w kierunku „Pól Igielskich”. Jednym z nich był Zipser, młody mniej więcej 20-letni Niemiec, zastrzelony później przez swoich rodaków za grabieże i zdradę tajemnic tyczących się zbrodniczych egze- kucji. Na miejscu czekali już, przybyli tam samochodem Niemiec Anger i drugi nie znany mu hitlerowiec. Wszyscy byli uzbrojeni w automaty. Rów był już wykopany. Rozkazano skazańcom położyć się nad grobem twarzą do ziemi. Nie słucha- li jednak tego rozkazu, tylko uklękli zrezygnowani, natomiast p. Sabiniarzówna, upadła nad rowem i prawdopodobnie zemdlała. Gdy padł rozkaz położenia się na ziemi Rekowski zapytał, czy powinien zdjąć płaszcz? Na to młody Zipser odpowiedział, grożąc mu automatem „Hund, wirst du dichhinlegen”. W tym Momocie Rekowski zrzucił płaszcz, skoczył między konwojującą trójkę hitlerowców i począł uciekać. Pomimo pogoni i strzałów za nim padających udało mu się ubiec 500 metrów i skryć się pod małym mostkiem. Tam dogonił go młody Zipser, który po kilkuminutowych lecz roz- paczliwych zapasach, został przez Rekowskiego rozbrojony i począł uciekać w kierunku swoich kompanów, wołając prze- raźliwie „Rettung, Rettung”. W tym czasie gdy Rekowski siedział jeszcze ukryty w wodzie pod mostkiem, padły w oko- licy wykopanego rowu strzały. Rozstrzeliwano nieszczęśliwych jego towarzyszy. To też pozbywszy się chwilowo swego prześladowcy, Rekowski nie czekając dłużej, począł znów uciekać w kierunku pobliskiego gospodarstwa, pozostawiając tam zabraną Zipserowi bron. Udało mu się uciec aż do Przyjaźni w pow. Chojnickim, gdzie przez 2 lata się ukrywał”.

Józef Zblewski w dniu 18 listopada 1939 roku w Parowie w swoim miejscu zamieszkania, został aresztowany przez Selbstschutz i dowieziony wraz z innymi „czarną budą” do Krajowych Zakładów Opieki Społecznej przy ulicy Igielskiej. „Bicie, kopanie oraz wyzwiska towarzyszyły więźniom pędzonym do jednego z bloków. Znaleźli się w obszernej sali z kratami na oknach, w której było już sporo osób uwięzionych wcześniej i którzy nowo przybyłych poinformowali, że tego dnia przed południem dwukrotnie zabrano już po 10 osób, według odczy- tanej listy, rzekomo na przesłuchanie… Rano otworzono celę i wywołano z listy około 10 osób których zabrano i już więcej nie wróciły. W południe nastąpiło to samo… Czuł się jakiś słaby i zmęczony. Usiadł w końcu Sali, po drugiej stronie cuchnącego wiadra i zmorzył go sen. Kiedy został zbudzony z drzemki przez kolegów, dwóch „ubermenschów” wyczytywało z listy nazwiska skazańców. Józef dołączył do wyczytanych. Nareszcie, myślał, wyjaśni się i być może dziś jeszcze będzie w domu. Po skończeniu czytania wyprowadzono ich na dziedziniec i ustawiono dwójkami przy murze budynku. Ze wszystkich stron byli pilnowani przez eskortę esesmanów. Druga grupa hitlerowców z łopatami, ładowała się do ciężarowego, krytego brezentem samochodu. Samochód odjechał, a za chwilę poprowadzono ustawionych w dwójki więźniów drogą w stronę Czartołomia i Chojniczek. Wraz ze Zblewskim prowadzono: Kolińskiego, Wróblewskiego, Słomiń- skiego, Wań- towskiego, braci Milkowskich i Rekowskiego z Czerska. Razem około 15 osób. Po chwili marszu, skiero- wano ten smutny orszak w pole porosłe niewielką koniczyną. Z pagórka przy drodze zeszli w dolinę, gdzie stał wspom- niany samochód z grupą esesmanów. Podprowadzonym do samochodu skazańcom, obstawionych przez członków Selbstschutzu, kazano się rozebrać do pasa. Odzież i dokumenty złożyć w samochodzie. Cała dolina była obstawiona członkami Selbs- tschutzu, uzbrojonymi w broń maszynową. Obnażonych więźniów prowadzono dwójkami w kierunku rowów strzeleckich po- zostałych po wojnie z Września. Józef Zblewski znajdował się w trzeciej dwójce od czoła z prawej strony. Uświadomił sobie nagle, że znajduje się w „Dolinie Śmierci” o której już słyszał. Jesienne słońce chyliło się ku zachodowi, dotykając rąbkiem widnokręgu. W tej scenerii znikała ostatnia nadzieja Józefa. Instynktownie wyczuł, że zbliża się ostatnia chwila jego życia, że ten piękny zachód słońca ogląda po raz ostatni. W rozgorączkowanym, jak w kalejdo- skopie przesuwają się obrazy: żony, dzieci, rodziny. Lęk przed śmiercią nie daje mu skupić chaotycznie rozbieganych myśli. Przebłyski nadziei przygniatał widok miejsca kaźni. W pewnym momencie, kiedy już zbliżali się do rowów strzeleckich, jakaś siła tajemna każe Józefowi uciekać. Bez zastanowienia, pchnięty jakąś nadludzką w obliczu śmie- rci, wyskakuje w bok i rzuca się do ucieczki. Biegł w stronę miejskiego lasu, ile mu tylko starczyło sił. Kiedy mi- nął linię wystawionych posterunków obejrzał się w biegu i spostrzegł goniących go Niemców oraz posłyszał strzały. Józef skupił wówczas wszystkie siły i ze zdwojoną energią biegł dalej w stronę lasu. Od zbawczego lasu dzieliła go przes- trzeń moczarów i grząskich łąk, porosłych tu i ówdzie krzewami, które wąskim pasem ciągnęły się od miasta w kie- runku północnym. Zblewski biegnąc wpadł w te moczary, ugrzązł i przewrócił się. Lęk przed śmiercią dodawał mu sił. Błyskawicznie podniósł się i klucząc wybierał na oko suchsze miejsca, biegł w stronę lasu. Kiedy dopadł lasu nie zwolnił biegu, zdawało mu się, że gestapowcy gonią go nadal. Instynktownie wybierał gęstsze połacie lasu. Biegnąc tak zauważył niewielki dołek i przy nim kupę chrustu. Bez namysłu ukrył się w tym dołku naciągając na sie- bie chrust. Serce waliło mu jak młotem. Był na wpół obłąkany. Zdawało mu się wciąż, że goniący go Niemcy są tuż koło niego i usłyszą jego gwałtowne bicie serca. Wstrzymał oddech, cały zamieniając się w słuch. Słyszał strzały docho- dzące od strony „Doliny śmierci” i wydawało mu się, że w lesie, blisko niego znajdują się też gestapowcy. Modlił się gorąco jak nigdy.

Bardzo długo leżał przykryty chrustem unikając najmniejszego poruszenia. Strzały w Dolinie już dawno ustały. Zapadły ciemności. Józef nie miał zegarka, a nawet gdyby go miał wśród panują- cych ciemności nie dojrzałby nic. Zaczął odczuwać zimno, był przecież tylko w spodniach i butach. Spróbował zmienić niewygodną pozycję i wówczas poczuł przeszywający ból w kostce prawej nogi. Ostrożnie i jak tylko mógł najciszej, uniósł trochę chrust i pomacał obolałą nogę. Wojskowy kamasz pokryty był lepką mazią, był ranny. Jeszcze chwilę leżał pod chrustem. Około północy, według jego obliczeń, powziął decyzję wyjścia z ukrycia, by pod osłoną ciemności dotrzeć do rodziny lub znajomych. Podniósł kryjący go chrust i na czworakach wyszedł z kryjówki. Teraz z przeraże- niem stwierdził, że nie będzie mógł iść. Noga bardzo bolała, nie pozwalała zrobić kroku. Znał dobrze okolicę. Wie- dział, że na północnej stronie lasu znajdują się zabudowania, tam postanowił szukać schronienia. Na czworakach, wlokąc obolałą nogę, czołgał się w stronę tych zabudowań, odpoczywając co chwila i nasłuchując. Gdy dowlókł się tuż pod dom, długo wahał się by zapu- kać. Ciałem raz po raz wstrząsały dreszcze. Był zrezygnowany, w końcu zdecydował się i zapukał do okna. Kilkakrot- nie powtórzył pukanie, zanim zza firanki, ukazała się zaspana twarz mężczyzny. Zblewski skinięciem ręki wywołał do siebie nieznajomego. Po chwili otwarły się drzwi domostwa, w których stanął starszy już wiekiem mężczyzna i mierząc go od góry do dołu, po chwili zapytał. Kto Ty jesteś i czego chcesz o tej porze? Gdy usłyszał polską mowę nadzieja wstąpiła w serce Józefa, gdyż do tej pory nie był pewny czy trafił na Po- laka czy Niemca, których tych okolicach było bardzo dużo. Wyjaśnił półszeptem nieznajomemu, że jest ranny i potrze- buje pomocy. Gospodarz skinąwszy ręką zaprosił przybysza do mieszkania. Zblewski stojąc na jednej nodze, przytrzy- mując się ręką domu stał w miejscu nie mogąc dać kroku. Wówczas gospodarz podszedł, podtrzymując go wprowadził do mieszkania i posadził na krześle. Zblew- ski opowiedział w skrócie gospodarzowi przeżycia ostatnich godzin, prosząc go jednocześnie o pomoc w ukryciu. Gos- podarz bał się ukrywać Józefa z powodu bardzo bliskiej odległości dzielącej „Dolinę Śmierci od jego zabudowań. Obawiał się również, iż Niemcy rano będą poszukiwać zbiega, a wówczas i jego los byłby przesądzony.

przez Jacek

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.