Autonomiczna Republika Krymu

Od pewnego czasu chodziło mi po głowie aby odwiedzić Krym. Był to czas przed przemianami: rok 2011. Nigdy nie planowałam wakacji samodzielnie , zawsze było to biuro podróży. W tamtym czasie tylko dwa biura oferowały wyjazd na Krym.

Miejsce: Ałuszta, hotel trzy gwiazdki – wystarczy na nocleg i odświeżenie się po całodziennych wypadach. Startujemy z Warszawy, z lotniska Chopina i po ok. czterech godzinach, w środku nocy, lądujemy w Symferopolu. Na lotnisku cisza jak makiem zasiał. Na zewnątrz ciemna noc. Jeszcze tylko godzina jazdy i już jesteśmy w hotelu. Autokarami podjeżdżamy pod górę (752 m.n.p.m.) – na górze przystanek: przełęcz Angarska. Posterunek policji drogowej. Kontrola dokumentów i pouczenie o konieczności zachowania ostrożności. Proszę, jaka troska o obywateli. Później dowiedzieliśmy się , że każdorazowy przejazd przez przełęcz, skutkuje właśnie takimi czynnościami. Ciekawostką jest to, iż na tej trasie kursuje trolejbus. Jest to najdłuższa na świecie linia trolejbusowa: 86 km. Pokonanie trolejbusem całej trasy Symferopol – Ałuszta – Jałta zajmuje ok. 2,5 godz. Opłata za przejazd to ok.13 hrywien –
ok. 1 eur (dane z 2011r).

Jest już 4 rano wjeżdżamy do Ałuszty na miejsce zakwaterowania. Jakież było nasze zdziwienie jak podjechaliśmy pod budynek, który w niczym nie przypominał hotelu w którym mieliśmy być zakwaterowani. Napis na budynku : Sanatorium. Kolejka do recepcji aż na dwór, wszyscy zmęczeni i nagle słychać awanturę. Pierwsi zakwaterowani już wrócili z pokojów z wielkim oburzeniem. Kiedy nadszedł czas na nas , przywitała nas recepcjonistka : w białym płóciennym fartuchu wydała nam klucze i wskazała drogę. Wchodząc do pokoju miałam wrażenie że to jakaś ukryta kamera. Wystrój , jakby z poprzedniej epoki…. Stare tapczaniki, płócienna pościel , chybotliwe krzesło i o zgrozo ! łazienka, która od bardzo długiego czasu czeka na remont. Zwróciłyśmy się w recepcji po papier toaletowy i ręczniki – otrzymaliśmy odpowiedź : jutro! . Po pertraktacjach udało mi się otrzymać od pani recepcjonistki powyższe. Z uwagi na obecność niezameldowanych lokatorów, ( a może oni byli częścią wyposażenia) nie gasiłyśmy światła i w pełnym oporządzeniu próbowałyśmy zasnąć. Nie było to nam dane ponieważ w powietrzu unosił się trudny do opisania smrodek ( połączenie szamba z czymś co aż szczypie w oczy). Dotrwałam do śniadania i zaraz dzwoniłam do Polski z informacją o panujących warunkach. Niestety nie była możliwa natychmiastowa podróż do kraju. Nie było również mowy o tym aby zmienić hotel Za pomocą rezydentki zmieniono nam pokój. Z parteru przeniosłyśmy się na piętro. Może trochę mniej śmierdziało. No i była klimatyzacja: drzwi od balkonu miały wybitą szybę. Cała grupa zwróciła się do rezydentki z pretensjami dot. miejsca zakwaterowania. Niestety okazało się że Ukraiński kontrahent nie przewidział takiego obłożenia i bez porozumienia z krajowym biurem przekwaterował obie grupy, tłumacząc się , iż obiekt ten posiada również trzy gwiazdki.

Umęczeni ruszyliśmy rozpoznawać okolice. Ałuszta to nadmorski kurort otoczony górami. Od strony zachodniej Czatyrdah, a od wschodu Demerdżi. Godne polecenia jest muzeum przyrody rezerwatu krymskiego. Posiada około 800 eksponatów związanych głównie ze zwierzętami i roślinami z górskiej części kraju. W tym przepięknym parku panujący upał nas nie dosięgną , a roślinność dała kojący cień. Kolejny dzień to Ałupka i słynny Pałac ałupkiński. Pałac zbudowany dla Michała Woroncowa. Jest to jedna z najbardziej niezwykłych rezydencji arystokratycznych na Południowym Wybrzeżu Krymu. W jedno połączono tu styl romański, gotycki Yorków i Tudorów architekturę wielkich Mogołów w Indiach i styl mauretański. Pałac posiada 150 komnat. Podłogi, drzwi i sufity wykonano z czarnego dębu, meble z orzecha, dębu i mahoniu. Zachwycają przepiękne żyrandole, wazy, kandelabry, brąz, srebro, porcelana. Na ścianach dzieła mistrzów francuskich, włoskich, flamandzkich. W oranżerii, oplecionej lianami i obsadzonej roślinami tropikalnymi można podziwiać kopie marmurowych antycznych rzeźb. W czasie konferencji jałtańskiej w pałacu tym mieszkał Winston Churchill. Pałac ten był wykorzystany również przez polskiego reżysera do nakręcenia scen do filmu „Akademia Pana Kleksa”.

Kolejny punkt programu to Jaskółcze Gniazdo. To jedna z wizytówek Krymu. Stuletni zameczek przyklejony do skały Aj-Todor na wysokości 40 m, dający wrażenie bajkowego krajobrazu. Wybudował go niemiecki baron. Przez pewien czas nosił on nazwę „zamku miłości”. Z opowieści przewodnika dowiedzieliśmy się , iż zamek ten był prezentem zaręczynowym od barona dla jego oblubienicy, lecz kiedy przywiózł ją na miejsce i poprosił o rękę- ta rozpłakała się i natychmiast uciekła. Drobnostka: cierpiała na lęk wysokości. Obecnie znajduje się tam jedna z najdroższych restauracji. Mimo tego że etykieta tej budowli może budzić wątpliwości to jedno trzeba oddać : architekt zaprojektował solidna konstrukcje – zamek nic nie ucierpiał na skutek trzęsienia ziemi – odpadł jedynie kawałek skały pod nim. Jaskółcze Gniazdo zdecydowanie atrakcyjniej wygląda z morza. Wtedy dopiero dostrzec można jak stroma jest skała na której wisi. Pałac również wykorzystano w filmie „Akademia Pana Kleksa”.

Kolejny dzień i kolejna wyprawa. Tym razem Sewastopol. Miasto o połowę mniejsze od Moskwy. To piękne miasto jeszcze do niedawna straszyło nocą. Ze względu na oszczędności wyłączano oświetlenie – nawet na głównych arteriach. Ze względu na czas nasza wizyta ogranicza się do obejrzenia słynnej floty czarnomorskiej i okolic nabrzeża. Można skorzystać z wodnej przejażdżki po porcie i obejrzeć jak rdzewieje słynna flota czarnomorska. Cena takiej wyprawy zależy od ilości uczestników, pory roku i widzimisię kapitana. Generalnie wszystko tu jest wielkie: wielkie bulwary , promenady, monumentalne pomniki. Wszystko ku chwale.

Po drodze odwiedziliśmy także Chersonez Taurydzki – pozostałości starożytnego i wczesnośredniowiecznego miasta. Zabytek ten jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Około 10 km od Sewastopola znajduje się mała osada: Bałakława. Położona w zacisznej zatoce, osłoniętej wysokimi brzegami. Góruje nad nią pozostałość po genueńskiej twierdzy. Z portu Bałakławy rozciąga się widok na twierdzę oraz na wejście do dawnej osławionej bałakławskiej bazy radzieckich okrętów podwodnych. Według słów przewodnika były próby stworzenia tam muzeum, ale niestety cala konstrukcja została naruszona przez znaną i u nas szajkę złomiarzy. Obecnie wejście tam jest niebezpieczne.

No i wreszcie oczekiwana perełka : Bakczysaraj. Symbol Wschodu, dawna stolica chanatu, gniazdo i skarbnica tatarszczyzny. Z daleka można wyczuć orientalną atmosferę. Pola obsiane różnymi roślinami z których wytwarza się olejki eteryczne. Latem cały region jest osnuty wonią lawendy. Bakczysaraj w dosłownym tłumaczeniu z tureckiego oznacza: pałac w sadzie. I tak jest dosłownie. Pałac Chanów, meczet i harem są malowniczo ulokowane w sercu bujnego ogrodu. Pałac ten nigdy nie miał być twierdzą, a raczej rajskim sadem. Przemawiał za tym przepych , bogactwo dziedzińców, zieleń drzew, kwiaty i liczne fontanny. Budowle pałacu nie są monumentalne, są wręcz lekkie, dwupoziomowe, ozdobione dużą ilością detali, drewnianymi ogrodzeniami, kolorowymi freskami świetnie wtapiają się w otaczająca roślinność. Pierwsze moje wrażenie to przywołanie obrazów bajek z dzieciństwa. Ta miniaturowa forma i feria kolorów przypominały mi filmy Disneya. Wędrując przez kolejne dziedzińce, napotykamy miejsca w których można w zaciszu zamykając oczy przywoływać obrazy z czasów świetności tego miejsca. Odwiedziliśmy pokoje dzienne chanów, pokoje gościnne, harem. Na dzień dzisiejszy zachowały się dwa meczety sześć wewnętrznych dziedzińców, łaźnie, pokoje służby, baszty, 14 fontann w tym – Fontanna łez. Zachwycając się widokami, na myśl przychodzą sonety krymskie A. Mickiewicza.

Żeby pozostać jeszcze w klimacie pałacu chanów , zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Restauracja tatarska położona pod malowniczymi skałami. Miejsca posiłków to lekkie, drewniane altany do których się wchodzi po schodkach, siada się na miękkich poduchach rozłożonych wokół niskiego stoliczka. Oczywiście trzeba było zjeść czeburaki. To tradycyjne danie regionalne Tatarów krymskich. To nic innego jak ogromne pierogi z ciasta na bazie mąki wody i soli smażone na głębokim tłuszczu. Wnętrze wypełnia się odpowiednio przyprawionym farszem z surowego mięsa, warzywami lub serem. Na koniec posiłku tradycyjna kawa.

Kiedy już głód został zaspokojony udaliśmy się na dalszą wędrówkę do najsłynniejszego na Krymie klasztoru Zaśnięcia Najświętszej Mari Panny – Monastyru Uspieńskiego i dalej malowniczą ścieżką do skalnego miasta Czufut –Kale. Monastyr Uspieński jest czynnym klasztorem męskim. Pomieszczenia klasztoru zostały wykute w skałach. Tylko cześć kompleksu jest dostępna dla turystów. Zarówno klasztor jak i dostępną dla zwiedzających cerkiew zdobią skalne malowidła. Wewnątrz nie wolno robić zdjęć , kobiety muszą mieć zasłonięte ramiona, kolana i włosy. W pobliżu klasztoru znajduje się źródełko którego woda ma ponoć właściwości uzdrawiające. Obecnie Monastyr jest także celem pielgrzymek. Dalsza droga prowadziła zwężającym się wąwozem. Mogliśmy po drodze zerkać na wypielęgnowane ogrody klasztorne. Dopóki osłaniały nas drzewa – było przyjemnie, ale gdy wyszliśmy z lasu na otwartą przestrzeń zrobiło się gorąco. Powietrze stało w miejscu. Przed nami skalna ścieżka . Trochę pokręcona, gdzieniegdzie jakieś krzaki czyli możliwość złapania oddechu. No i brawo za pomysłowość, bo w takich właśnie miejscach pojawili się tubylcy ze świetnie schłodzonym kwasem chlebowym , albo woda żurawinową. Oczywiście za niewielka odpłatnością. Kto by się nie skusił- woda w plecaku była lekko podgrzana. Czufut-Kale jest najlepiej zachowanym skalnym miastem na Krymie. Na teren miasta wchodzi się drewnianą bramą na samym szczycie. Za brama oczywiście kasa, a potem już wędrując uliczkami można oglądać domy modlitwy. Na otwartym placu, który był centrum miasta stoi studnia-od niej zależał byt mieszkańców. W środku zespół kanałów połączonych do odprowadzenia wody deszczowej. Domy były najczęściej piętrowe z balkonami i oknami. Mieszkało się na piętrze , a parter służył dla zwierząt hodowlanych. Żywność trzymano w wykutych w skałach piwnicach pod domami. Na samym szczycie płaskowyżu znajdowały się wykute w skale lochy więzienne . W lochach tych był więziony m.in. Mikołaj Potocki –hetman koronny. O Czufut-Kale pisał A. Mickiewicz w sonetach krymskich. Jerzy Hoffman realizował tu scenę do filmu „Pan Wołodyjowski” w której młody Nowowiejski organizował zasadzkę na Azję Tuhajbejowicza.

Kolejne miejsce to Sudak. Samo miasto niezbyt ciekawe. Wielka płyta wzdłuż asfaltowej ulicy, ale warto tu zajrzeć ponieważ twierdza genueńska, jak i okolica (Nowy Świat) stanowią niezłą atrakcję. Dużą część miasta zajmują pensjonaty, a właściwie kompleksy hotelowe. Zajmują one prawie pół miasta i ciągną się aż do wybrzeża. Zawieszona nad morzem twierdza genuenska góruje nad miastem. Obecnie jest ona w znacznej mierze rekonstrukcja. Mury twierdzy otaczają olbrzymi obszar. Wewnątrz murów mieściła się duża osada. Dawniej były tu domy, ulice, kościoły Pozostało trochę ruin i to wszystko. Mury twierdzy mają 2 m szerokości, 6-8m wysokości i są poprzetykane basztami o wys 15 m. Idąc wzdłuż murów można podziwiać niebieskie Morze Czarne. Nowy Świat to miejscowość w okolicy Sudaku warta odwiedzenia. To najcieplejszy zakątek Krymu- przez cały rok panuje tu łagodny klimat. W centrum znajdują się oryginalne budynki zakładów winiarskich. Tu produkuje się Sowietskoje Igristoje. Klejnotem Nowego Światu jest rezerwat botaniczny na cyplu zwany carską ścieżką. Poruszając się wytyczona trasa można podziwiać roślinność (rzadkie gatunki sosny, sosna krymska i sosna Stankiwicza) formacje skalne o różnych kształtach. Niestety nie udało się nam przejść całej ścieżki. Zabrakło nam czasu. To był ostatni punkt naszej wyprawy. To wszystko co zobaczyliśmy zrekompensowało po części niedogodności noclegu.

Muszę jeszcze jako ciekawostkę przedstawić nasze posiłki w miejscu zakwaterowania. Stołówka mieściła się w osobnym budynku. Stoliki nakryte białymi obrusami. Zastawa zawsze przygotowana i na stole dzienne menu, na którym należy zaznaczyć co się będzie jadło w danym dniu. To co serwowano raczej nie wyglądało apetycznie. W trakcie wieczornych spacerów zaprzyjaźniliśmy się z panią na straganie z owocami. Nie trzeba chyba specjalnie zachwalać jak smakują brzoskwinie dojrzewające na słońcu, ( a nie w kontenerze), czy winogrona i figi. Po zakupie melona trochę zwątpiłyśmy – jak się do niego zabrać bez noża. I tu właśnie nasza przyjazna dusza pospieszyła nam z pomocą i pięknie go nam pokroiła. Kolejne zakupy zawsze były poprzedzone krótką rozmową ( czas na przypomnienie sobie języka) i chęcią pomocy ze strony gospodyni straganu. W ogóle, ludzie na Krymie są bardzo życzliwi i w stosunku do siebie i do obcokrajowców także. Wiadomo , że to co miłe szybko się kończy- czas na powrót do domu. Pozostały wspomnienia te są bezcenne. Obecnie przed każdym wyjazdem, gdzieś tam w głowie przebija myśl czy aby zamiast do wybranego hotelu nie trafię do… sanatorium.

Maria Chojnicka

przez Redakcja Chojniczanin.pl

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.