Kreta

Z uwagi na brak pewności co do terminu urlopu, nie planowałam wcześniej żadnego konkretnego kierunku wyjazdu. Dałam się ponieść spontanicznemu wyborowi miejsca na wakacyjne leniuchowanie. Tym razem padło na Kretę, część zachodnią. Po wyczerpujących wyszukiwaniach ofert last minut – udało się znaleźć coś konkretnego. No i poleciałam…. Nocne latanie nie jest moim ulubionym czasem na podróż, cóż jak nie ma wyboru… Kreta powitała nas ciepłym podmuchem powietrza. Transfer do hotelu i jak zwykle chwile napięcia: czy nie będzie jakiejś wtopy znowu… (ciągle mam w głowie Krym…) . W nocy recepcja hotelu nie pracuje, więc od rezydentki dostałyśmy plan hotelu z zaznaczoną drogą dotarcia do pokoju. Pomimo zmęczenia udało się –klucz w drzwiach. Po szybkiej lustracji wielkie uff… jest ok. Na początek jak zwykle zapoznanie się z okolicą. Miejsce pobytu: Adelianos Kambos – mała turystyczna miejscowość. Niewiele do zwiedzania, jednak stanowi dobrą bazę wypadową i spokojne miejsce do wypoczynku. Połączenia autobusami liniowymi z Rethymnonem co 30 minut, odległość ok. 7 km. Jako, że nie można się ciągle lenić postanowiłyśmy udać się na wycieczkę do stolicy regionu. Bilet w autobusie liniowym kosztuje 1,30€ w jedną stronę, co dyskredytuje wypożyczenie auta, a jednocześnie przybliża do bliższego poznania normalnego życia na wyspie. Podjeżdżamy do ostatniego przystanku i wita nas tętniące życiem miasto. Z planem w ręku zapuszczamy się w uliczki starego miasta. Rethymno liczy sobie 30 tyś mieszkańców. Podobnie jak inne większe ośrodki Krety (Chania, Iraklion) posiada minojskie korzenie, oraz różne pozostałości po cywilizacji tureckiej. Zachwyca wspaniałą architekturą z czasów weneckich i śródziemnomorską atmosferą. Oczywiście starówka pełna turystów. Wchodząc w wąskie uliczki mija się stragany i małe sklepiki oferujące wszystko to co z wyspą związane: oliwę z oliwek, ceramikę, kosmetyki, przyprawy, lokalne alkohole. Sprzedawcy uśmiechem zachęcają do zakupów, a nawet próbują mówić w języku polskim. Poruszając się labiryntem urokliwych uliczek dotarłyśmy do górującej nad miastem twierdzy weneckiej. Stąd rozciąga się cudowny widok na miasto , port i morze. W drodze powrotnej natknęłyśmy się na fontannę Rimondi – centrum starówki, a jednocześnie symbol miasta. Wokół mnóstwo kawiarenek i restauracji.

Kolejną atrakcją zachodniej Krety jest wąwóz Samaria, liczący sobie 16 km długości. Jest to najdłuższy wąwóz w Europie. Aby dotrzeć do wejścia do wąwozu należy przejechać wyspę w poprzek, poprzez Góry Białe ( nazwa łańcucha pochodzi od rodzaju skały z której jest zbudowany – białego wapienia). Nie jest wskazane aby dojechać tam autem, chyba, że kierowca zostaje i potem zjeżdża do portu w Chora Sfakion. Autokar dojeżdża do samego wejścia do wąwozu. Chwila przed wielkim wyzwaniem jak zwykle: bary, restauracje, pamiątki, kasa z biletami … i w drogę . Pierwsze metry są najtrudniejsze. Schodzi się z wysokości ok.1200 m n.p.m. po kamieniach, korzeniach wystających z ziemi, nierównych schodach. Jedno szczęście, że jest w miarę wcześnie i droga prowadzi w cieniu świerków, pinii, dębów, cyprysów. Biuro podróży ma dobrze te wycieczkę zorganizowaną. Każdy dostał w rękę mapkę z zaznaczonymi miejscami postojowymi i czasem w jakim najpóźniej trzeba wyjść z poszczególnych punktów aby zdążyć na prom. Pierwszy przystanek po 300 metrach. Punkty te są dobrze przygotowane. Są miejsca aby się ochłodzić, posilić i pozachwycać widokami. Schodzi się cały czas w dół więc kolana niestety dostają wycisk, ale dla widoków warto…. Zabezpieczona balustradami (niestety nadgryzione przez ząb czasu – nie gwarantują stabilności) trasa, oferuje co jakiś czas ławeczki. Po drodze mija się kaplice Agios Nikolaos, oraz ujęcie wody i toalety. Teraz wąwóz coraz bardziej się wypłaszcza. Gdzieś w połowie drogi znajdują się pozostałości po opuszczonej wiosce Samaria. Jeszcze w latach 60 –tych ub. wieku mieszkali tu ludzie. Po utworzeniu na tym obszarze parku narodowego, zostali oni przesiedleni. Jest to dobre miejsce na piknik. Znajdują się tu toalety, punkt medyczny, i dostęp do źródlanej wody. Od tego miejsca zmienia się charakter wąwozu, idzie się dnem strumienia pomiędzy prawie pionowymi ścianami. Kamienisty szlak otaczają wyraźnie pofałdowane o różnokolorowych warstwach piaskowce. Wąwóz się zwęża. Zawsze zachwycające jest to jak rośliny potrafią uczepić się prawie pionowych skały, jak w szczelinach pojawiają się roślinki i ciągną wodę nie wiadomo skąd. To chyba jest dowód tej nieprawdopodobnej siły życia. Po obu stronach wąwozu widać kolorowe pionowe pasma skał, gdzieniegdzie ślady wypiętrzeń i przesunięć. Jest coraz wężej. W najwęższym miejscu zwanym Stalowymi Wrotami, wąwóz ma tylko ok. 3 m szerokości. Przy wysokości 500 m człowiek czuje się naprawdę jak drobinka we wszechświecie. Życie Samarii to nie tylko turyści , ale przede wszystkim raj dla fauny i flory. Występuje tu 450 gatunków zwierząt i roślin unikatowych dla tego regionu, i nigdzie więcej nie występujących naturalnie np. kozy Kri Kri. Od tego miejsca wąwóz znowu się rozszerza w rozległą dolinę. Potem już tylko 3 km betonową drogą do wioski Agia Roumeli. Tam jest czas na plażowanie i możliwość kąpieli. Wejście do morza jest niestety kamieniste, a i w wodzie dużo kamieni. Chwila dla schłodzenia ciała po takiej wyczerpującej wędrówce. Z tego miejsca o 17,30 odpływa prom do Chora Sfakion, tam przesiadka na autokar i powrót do hotelu. Przejście wąwozu zajęło 6 godzin, dotarcie z hotelu do wejścia do wąwozu 3 godziny, powrót do hotelu o godz. 21. Ból kolan 3 dni, zakwasy 7 dni , wspomnienia:
na całe życie…

Następne dni pozostały na odpoczynek i powrót do formy. Kolejne ciekawe miejsce jakie udało się odwiedzić to plaża Elafonisi. To niewielka wyspa na południowo-zachodnim krańcu Krety. Wyspa łączy się łagodną, płytką laguną z Kretą. Dojechaliśmy tam poprzez równie atrakcyjny wąwóz Topolia. Do dziś mam wielki podziw i wyrazy uznania dla kierowców autokarów poruszających się po tych wąskich , górskich serpentynach dróg. Dla mnie były to chwile grozy gdy z jednej strony widać pnącą się w górę pionową ścianę, a z drugiej strome urwisko. Po drodze zatrzymujemy się w skalnej jaskini i zwiedzamy kaplice Agia Sofia. Wejście do jaskinie po schodach, ale po drodze wspaniały widok na wąwóz Topolia. Jesteśmy pierwszą grupą więc nikt nam nie przeszkadza, aby trochę po zakamarkach jaskini pochodzić. W drodze na dół odwiedzamy tawernę i zaliczamy grecką kawę na zimno. Przed samą plażą Elafonisi zatrzymujemy się w klasztorze Moni Chrisokalitisas „złoty schodek”. Legenda głosi , że ostatni stopień w schodach jest ze złota, a ujrzy go tylko ten kto będzie bez grzechu. Na razie nikt go nie widział…..

No i w końcu docieramy na Elafonisi. Pierwszy widok to niesamowity kolor wody, zaraz potem rzuca się w oczy brzeg morza z różowym kolorem piasku. Różowy piasek to nic innego jak miliony fragmentów pokruszonych muszelek. Biały piasek plaży pomieszany z różem, turkusem i granatem wody pozostawia niesamowite wrażenie. Kąpiel w takiej wodzie stanowi super przyjemność. Po kilkugodzinnym plażowaniu i nasyceniu oczu rajskim widokiem, udajemy się w drogę powrotną. Wszak czeka nas jeszcze wizyta w winiarni. Jak to zwykle w takich miejscach bywa, zaprezentowano pokrótce sposób pozyskiwania cennego napoju z lokalnych winogron. Całość zakończyła się degustacją i drobnymi zakupami. Jakoś trudno z tej ilości wysmakowanych win, na koniec wybrać to które nam najbardziej przypadło do smaku, ale cóż… do hotelu wracał z lekka „rozweselony autobus”… samo życie….

Pozostało parę dni leniuchowania na plaży i niestety czas powrotu do domu. Już na lotnisku w kraju powitała nas znaczna różnica temperatury ( o zgrozo 12 stopni). Podróżując nie należy zapominać o kolejnej przyjemności jaką jest jedzenie. Kuchnia kreteńska opiera się na : chlebie, oliwkach, dużej ilości świeżych owoców i warzyw, oliwa z oliwek, czerwone wino, kozie mleko i ser, orzechy, ryby, miód. Szczególnie zasmakował mi grecki jogurt. Różni się od naszego rodzimego: jest gęsty i jedwabisty. Smakuje zarówno z miodem jak i dodatek do pomidorów. Zachwyca prostota sałatki greckiej różniąca się od wersji polskiej. Oryginalna wersja to pomidory, ogórki, cebula, oliwki, feta, oregano i oliwa. Oliwa na Krecie należy do jednych z najlepszych na świecie. Kolejnym daniem charakterystycznym dla tego regionu jest musaka. To tradycyjna grecka zapiekanka z bakłażanem, mięsem mielonym, sosem pomidorowym i beszamelem. Kolejne danie to souvlaki – greckie szaszłyki . Mogą być z wieprzowiny lub z kurczaka. No oczywiście greckie tzatziki, to chyba znają wszyscy: grecki jogurt z czosnkiem i ogórkiem. Podawane jako niezależna przystawka do chleba lub jako dodatek do mięs. No i oczywiście do wszystkiego lokalne wino. Często w restauracji po posiłku kelner przynosi w ramach podziękowania, że wybrano właśnie tę restauracje porcję ouzo (lokalny alkohol – dobry na trawienie). To tylko kilka potraw które udało się spróbować podczas siedmiu dni pobytu. Taki krótki wypad we wrześniu pozwala „przeciągnąć” trochę lato i zachować więcej słońca. Przed nami coraz krótsze dni i ponury listopad. Pozostają zdjęcia i wspomnienia gorącego lata.

Maria Chojnicka

przez Jacek

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.