W Krojantach pamiętają o ułanach

Po raz kolejny tłumnie było 1 września na uroczystościach w Krojantach z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Pogoda była wymarzona, a do domu wracaliśmy opaleni i …brudni, bo kurzawa była straszliwa.

W przeddzień, tradycyjnie, miłośnicy historii spotkali się na konferencji popularnonaukowej w Nowej Cerkwi, gdzie mogli wysłuchać referatów dr. Zdzisława Kościańskiego, dr. Filipa Wałdocha, Piotra Eichlera i Marka Pasturczaka. Wszystkie koncentrowały się wokół problematyki ułańskiej i wojskowej, dotyczyły przebiegu wrześniowych wydarzeń i obecnych prób rekonstrukcji umocnień z czasów wojny przez archeologów. Tego samego dnia rondo w Krojantach oficjalnie uzyskało imię płk. Kazimierza Mastalerza. W uroczystości wziął udział jego bratanek Marek.

1 września, już od rana, do Krojant ściągały tłumy. Jak memento zabrzmiała wypowiedź wójta Zbigniewa Szczepańskiego, który cytował Fransa Timmermansa (!) i ostrzegał tak jak i on, że eskalowanie nienawiści i agresji może doprowadzić do równie zgubnych skutków jak przed laty. Nie zabrakło niecodziennych gości. Najbardziej cieszył widok Maksymiliana Kasprzaka, dawnego kawalerzysty.

Modlono się tu w intencji ułanów, ale też o to, żeby nigdy więcej wojny nie doświadczyć. Jej namiastkę pokazano podczas plenerowego spektaklu, poprzedzonego ułańską musztrą (ponad 100 koni), a ten jak zwykle zelektryzował widzów. Bo to nie tylko bryk z historii, ale też rozmaite efekty – wystrzały i wybuchy, snujące się wszędzie dymy, pędzące konie. Niemcy na swoich motocyklach, uzbrojeni po zęby i przelatujące nad głowami samoloty… No i szarża, która trwa tyle co błysk słońca na szabli ułańskiej, ale przecież jest taka malownicza! – Bij, Szwaba – słychać było tu i ówdzie radosne okrzyki, bo przecież wiemy, że to, co dzieje się teraz, to tylko na niby. Wtedy naprawdę była krew i naprawdę śmierć. I groza. Domy rozpadały się od uderzenia bomb, tak jak teraz pękały od materiałów pirotechnicznych, płonęły i osypywały się w gruzy. Ludzie naprawdę uciekali gdzie oczy poniosą, na drugi koniec Polski, byle dalej, tak jak tu na polu szarży, zabierając dobytek, ale tylko ten, który dało się unieść, zapakować na wóz. Samoloty zwiastowały nie tylko huk, także zniszczenie i śmierć. Polski Klub Kawaleryjski od 17 już lat odtwarza tamte wydarzenia przecież nie dlatego, że lubuje się w wojnie i bez niej nie może żyć. Głównie po to, żeby przybliżyć tamten czas. Pokazać tamtych ludzi, ich patriotyzm, odwagę i poświęcenie.

Jest i przeskok w czasy współczesne, kiedy na rżysko wjeżdżają czołgi i rosomaki. A nad głowami przelatują w biało-czerwonej dekoracji Iskry. No tak, dumni jesteśmy, że tak to wszystko nieźle wygląda, ale za Boga nie uśmiecha się nam, żeby te siły musiały być kiedykolwiek użyte. Więc kiedy czołgi i rosomaki znikają w gęstej kurzawie, oddychamy z ulgą. Tak, to tylko inscenizacja, taki teatr… To nie dzieje się naprawdę…

Tekst i fot. Maria Eichler

przez chojniczanin.pl

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.