…zapiski z dziennika podróżnika…

Witajcie w Tabie, czyli jestem w Egipcie.

Synaj, 9 maja 2014 a dokładniej na opustoszałym wybrzeżu Morza Czerwonego na półwyspie Synaj. Na nocleg zająłem sobie chatkę z trzciny na plaży i popijając kawkę piszę do Was przy świeczce. Na ten odpoczynek musiałem sobie jednak zasłużyć. Przez góry i pustkowia przebijałem sie do Eliatu, który nie zrobił na mnie żadnego wrażenia ( wąskie plaże dla wielgachnych hoteli, kosmiczne ceny i masa ludzi kombinująca gdzie by tu sobie fotkę zrobić). Poznałem trójkę rowerzystów z Ukrainy, dalej pojechaliśmy razem w stronę Egiptu. Na granicę dojechaliśmy w nocy ale nie wpuszczono nas bo przejście było zamknięte ( obsługa trenowała akcje antyterrorystyczne). Nockę postanowiliśmy przespać na pobliskiej dzikiej plaży. Na kolację Ukraińcy na ogniu ugotowali gryczkę ( czyli kaszę gryczaną) i izraelskie koszerne płaskie klopsiki, ja natomiast podzieliłem się wędzonym boczkiem z Polski i chlebem. Noc była straszna, przyszła burza, waliło i paliło wszędzie dookoła. Chłopakom rozwaliło prowizoryczny pawilon plażowy pod którym spali. Cały sprzęt biwakowy rozniosło im po plaży. Rankiem udaliśmy się z powrotem na przejście. Gdy koledzy usłyszeli o wysokości opłaty za wyjazd to zrezygnowali. Ja dzielnie podjąłem walkę z łapówkarskimi celnikami. Najpierw chcieli mi zabrać butlę gazową i palnik – wybroniłem za 5$. Potem, po zakupie pełnej wizy odmówili mi wjazdu dalej niż na Synaj. Mam w Sharm el-szejk załatwić wjazd komercyjny do Egiptu…. Nie zrażony tym ruszyłem dalej, znowu pod górę. A tu stop, znowu podatek drogowy, 105 Funtów Egipskich. Ok. zapłaciłem… Po dojeździe na rozwidlenie dróg w górach okazało się, że burze spowodowały strumienie błota i kamie-ni… jechać to bym jechał dalej gdyby nie blokada policji.I znowu chcieli mnie zawrócić na przejście. Nie dałem się. Powiedziałem, że poczekam. W między czasie zacząłem integrować się z policjantami. Jeden obiecał mi, ze pojadę z nimi toyotą 4×4. Mimo, że ich szef po cywilnemu krzywo na to patrzył, to pojechaliśmy. Zostawili mnie po przejechaniu przez pierwsze przeszkody. Dalszą drogę cały ubłocony pokonywałem sam. Co chwilę padało ale widoki rekompensowały wszystko. Po drodze mijałem wioseczki, w sklepie nawet wody nie mieli, ale jak dałem swoją to poczęstowano mnie herbatą. Cały czas wzdłuż wybrzeża ciągnęły się opustoszałe resorty turystyczne. Podobno turystów wygoniła telewizja mówiąc o zagrożeniu terroryzmem na Synaju. W obiad dotarłem do malej arabskiej stacji benzynowej. Tu zapytałem czy mogę odpocząć, pozwolono mi, ugoszczono mnie muzułmańską gościną. Prysznic, pranie, prąd do ładowania, a gospodarz upiekł dla mnie chlebki i podał z warzywami i owocami a jego pracownik częstował herbatą. Gdy trochę przestało padać ruszyłem dalej walczyć z błotem i górami. Tak, zdecydowanie zasłużyłem sobie na odpoczynek w chatce trzcinowej nad brzegiem rozkołysanego morza. Widok mam najlepszy na świecie !!!

Żółta łódź podwodna , Sharm el Sheikh, 10 maja 2014

Dziś rano udało mi się dołączyć do wycieczki na rafę koralową, żółtą łodzią podwodną ! Tak, dla takich widoków warto było przedzierać się przez góry i rzeki błota. Wrażenia niesamowite. Pstrykałem zdjęcia jak głupi i biegałem razem z dziećmi od wizjera do wizjera szeroko rozdziawiając usta w zachwycie. Zrobiłem mnóstwo fotek – niestety w kolorze niebieskim, bo tak to widać pod wodą. Po obiedzie przystąpiłem do walki z biurokracją by jechać dalej niż Synaj. Niestety. Z upałami, pustynią, górami, błotnymi rzekami wygrywam, a z biurokracją przegrywam. A dlaczego? Bo takiego wolnego ptaka (jak ja) bez zorganizowanej wycieczki oni nie są w stanie kontrolować, więc mimo poniesionych nakładów finansowych, dalej w głąb Egiptu niestety nie pojadę. Na Synaju też mam jeszcze parę fajnych rzeczy do zwiedzenia i zobaczenia.

Witajcie w Afryce, Suez, 11 maja 2014.

Tak, ta część Egiptu to Afryka a czy dzika?? Na pewno tu nic nie jest przygotowane „pod turystów” jak w resortach turystycznych typu Sharm czy Hurganda. Tu życie kipi, skrzypi i trzeszczy swoją prawdziwością. Ruch na ulicy jest jak w mrowisku. Obok wielkich bloków w ciasnych uliczkach są malutkie restauracyjki z doborowym jedzeniem, herbaciarnie i palarnie sziszy. Tu mieszkańcy siedzą, piją herbatę i z upodobaniem grają w domino. Idę sobie spokojnie ulicą, nikt mi niczego nie wciska, nie nagabuje, taksówki nie gonią mnie by mnie naciągnąć. Niestety w innych dziedzinach życia są standardy bardzo rożne od europejskich. Nie będę opowiadał o utrzymaniu czystości bo to zależy za jaki poziom chcę zapłacić ( jak zapłacę za Hiltona to będę miał wysoki, adekwatny do ceny poziom czystości). Opowiem Wam o czymś innym z wczorajszego dnia. Po dotarciu do Suezu (autobusem) bo tak musiałem przejechać pod tunelem, jechałem rowerem łapiąc widoki ulicy. Spodobały mi się armaty z czasów kolonialnych. Zrobiłem zdjęcie. No i zaczęło się – bo sfotografowałem obiekty wojskowe. To było przy bramie do jednostki. Zaraz wciągnięto mnie do środka. Zaczęło się tłumaczenie i kasowanie zdjęć w obecności samego generała. Poczęstowali mnie nawet herbatą i generalnie było grzecznie i miło ale generał zadzwonił na Policję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zabrali mnie razem z całym majdanem. I mimo, że panowie po cywilnemu byli bardzo mili i wszystko było faktycznie rutynowym sprawdzeniem, to jednak to co zobaczyłem mnie zmroziło. Afrykańskie standardy traktowania więźniów. Zobaczyłem na korytarzach ludzi oczekujących na przesłuchanie z zawiązanymi chustą oczyma, związanymi rękoma i klęczącymi twarzą do ściany. Tak wygląda tu walka w „wolnych wyborach” i przekonywanie opozycji a zwykli ludzie tęsknią za pełnymi turystów hotelami sprzed „arabskiej wiosny”. Podróżując blisko realnego świata widzę wszystko jakim jest na prawdę. Wybaczcie, że to nie zawsze są pocztówki z palemkami. (Pisząc tę relację 11.05.14r. myślałem, że na tajnej policji przetrzymują przeciwników prezydenta. A teraz po latach wiem, ze to byli terroryści islamscy z rodzącego się na Synaju tzw. „Państwa Islamskiego”. Wtedy jak to się zaczynało nikt także i ja nie wiedział o co w tym chodzi. Teraz niestety już wie o tym cały świat).

Dolina Nilu, 14 maja 2014

Cieszę się bardzo, że mimo wszystkich przeciwności tu dotarłem. Było to moim marzeniem od piątej klasy gdy na historii usłyszałem o tej krainie. Piękne tu są góry w kolorach tęczy i pustynie a zjeżdżając w dolinę zieloności poczułem się jak w raju. Nil to taka niepozorna rzeka, jego woda rozprowadzana kanałami po dolinie daje nieprzerwaną wegetację rośliną. Na jednym polu jednocześnie sieje się i obok zbiera plony. Gaje palmowe, domki z gliny, ośle zaprzęgi i tętniące do nocy życie – tu wszystko aż kipi i kotłuje się wirując jak szalone. Ponieważ wszyscy wypatrują nieoświetlonych zaprzęgów, wózków, riksz, ludzi, ciągników to jeżdżą w nocy z włączonymi światłami pozycyjnymi albo montują z przodu tylko kolorowe LED-y by nikogo nie oślepiać. Światła mijania i drogowe używane są tylko jako ostrzegawcze i by czasami na moment pokazać się temu z przeciwka. Najpierw się tego śmiałem, ale jeżdżąc tutaj czuję się bezpiecznie. Bo tu zwyczajnie uważa się na drugiego człowieka. Jutro idę się pokłonić starożytnościom w Dolinie Królów. Obiecałem sobie, że narobię tyle zdjęć ile się uda. Naprawdę warto spełniać marzenia !! Czego i Wam życzę!

Mam fajną, ciekawą drogę. Zielono, palemki, woda. Osiołki. Chatynki polepione z gliny i pompy dające wodę na pola. Od Nilu od rana zawiewa przyjemny, chłodny wiatr. W cieniu mam 38,5 stopni, a na drodze 52 stopnie. Wstałem przy pierwszym nawoływaniu muezina ( czyli przed czwartą), by przed południowym skwarem zrobić zasadniczy dystans. Drogę wybrałem przez małe wioseczki i tylko mnie psy witały. Uciekłem przed zgiełkiem miasta, przed naciągaczami, nagabywaczami i oszustami. Myślałem, że w muzułmańskich państwach się nie kradnie ale jak straciłem narzędzia, lampy, zapasowe dętki i pompkę to zmieniłem zdanie. Część rzeczy zakupiłem, ale jadę bez zapasowych dętek i nawet pompki nie mam. Tu jeszcze nie wymyślili takiej jaką mi potrzeba !! Więc jak zaczęło mi z gorączki schodzić powietrze z koła to musiałem się parę km „cofać z buta” do najbliższej wulkanizacji. Gdy jadę to powiew mnie chłodzi, ale spacer po rozgrzanej drodze wśród pylących ciężarówek to mordęga. Teraz po naprawach technicznych mam sjestę. Patrzę na rower. Hmm, a może mu egipskie gumy założę?? Ostudzę głowę zimną wodą i pomyślę. Z drogi gdzie odpoczywałem, zostałem zabrany do pobliskiej wioski. Nic nie wskazywało, że zostanę tam tak wspaniale ugoszczony. Dla siebie mam trzy pokojowy apartament z kuchnią i łazienką. A jedzenia jakim mnie częstują nie przejadło by sześciu ludzi. Mimo, że moi gospodarze prowadzą interesy międzynarodowe okazali się bardzo skromni i serdeczni. Z dumą przedstawili mnie także pozostałej części społeczności. Oczywiście męskiej. Bo świat kobiet i mężczyzn jest tu odrębny. Posiłki przygotowane przez kobiety są przynoszone przez najmłodszych mężczyzn. Porobiłem zdjęcia okolicy,
pozaglądałem w cudze (arabskie) kąty.

W trasie wzdłuż Nilu pomiędzy Luksorem, a Gizą

Po wizycie u gościnnego piekarza udałem się do świątyni Setiego I w Abidos. Miało to być blisko, ale tu nic nie jest oznakowane a ludzie mówią tylko po arabsku i za każde wskazanie drogi wyciągają rękę po pieniądze więc nie dane mi było obejrzeć tej świątyni. Jechałem, aż do nocy a potem okazało się, że nie mam gdzie się schować na nocleg. Rankiem po 10-tej wypatrzył mnie wioskowy policjant. Ponieważ mówił tylko po arabsku więc udałem głupiego i nie dałem mu się zatrzymywać. Znaleźli mnie razem z „cywilnym bezpiecznikiem” w restauracji. Nie chciało mi się im nic tłumaczyć, kazałem dzwonić na numer oficera z Suezu. No i zaczęły się hece. Bo znowu okazałem się zagrożeniem (oczywiście sam dla siebie) i przydzielono mi ochronę. Wyobraźcie sobie z przodu ja na rowerze, a za mną 4 uzbrojonych policjantów w pikapie. W następnej wiosce przy herbacie i fajce przekonali mnie, że mam jechać na rowerze, ale w ich pikapie. Przekonał mnie praktycznie widok demonstracji islamistów na drodze. Więc wczorajszy dzień byłem konwojowany z maksymalną prędkością od punktu kontroli do punktu kontroli, przesiadałem się tylko zmieniając obstawę i samochody. W pewnym momencie obstawiało mnie 12 policjantów w tym ich generał z adiutantem. W życiu nie czułem się tak ważny !! Ale żeby mi się w głowie nie przewróciło, jak zrobiło się ciemno i zostało ostatnie 150 km do Gizy to kazali mi jechać samemu. Po dniu przygód rozbiłem obóz pod palmą. A dzisiaj przebijam się przez satelitarne miejscowości Kairu. Te słowa piszę z kawiarenki w Gizie, gdzie jem śniadanie takie, jak miejscowi i ładuję laptopa. Cieszę się na te piramidy. Ciekawe czy uda mi się zrobić rowerowe zdjęcie do kolekcji wielkich miejsc?

Pod piramidami w Gizie.

No wspaniały miałem dzień. Mimo, że dojazd przez niesamowity brud i bałagan Kairu zabrał mi resztę sił od razu rzuciłem się do zwiedzania. Naciągacze nawet mi nie przeszkadzali a gdy mimo, że nie kupiłem suwenirów, potraktowałem ich po ludzku, to okazało się, że zostałem zaproszony na herbatę przez Beduina, który na dodatek pokazał mi katakumby faraona. Teren zwiedzania, mimo, że otoczony przez miasto robi wrażenie. Piramidy stoją na półpustynnym wzgórzu z widokiem na piaszczyste diuny (wydmy). Wchodząc do Wielkiej Piramidy zakumplowałem się z młodym Niemco-Egipcjanem. W środku, w piramidzie nie ma nic oprócz pochyłej ciasnej sztolni do krypty grobowej. W granitowej krypcie ze spasowanych głazów stoi tylko pusty sarkofag. Pewnie dopadnie mnie prawdziwa „klątwa faraonów”, bo właziliśmy do niego kładąc się w środku do zdjęć. Po wyjściu zaczęła się prawdziwa frajda. Złapaliśmy strażnika z którym eksplorowaliśmy zagrodzone drutem kolczastym katakumby (zagrodzone bo w środku było bardzo niebezpiecznie). Szyby, wielometrowe pochylnie przy pośliźnięciu się na skalnym pyle grożą skręceniem karku ale dzięki temu sami odkryliśmy kolejny sarkofag do którego właziliśmy brudząc się niemiłosiernie. Resztki rytów bardziej cieszyły nas odkrywane z mozołem, na czworaka a po wyjściu przestrzeń z widokiem na miasto i piasek z drugiej cieszyła nas podwójnie. W miasteczku dzięki pomocy sklepikarza dostałem tani hotelik. Z mojego okienka widzę teraz panoramę na wszystkie piramidy, więc nocne widowisko światło – dźwięk mam za darmo. Najbardziej mnie cieszy, że jutro o świcie wypiję poranną kawę na tarasie, na dachu obserwując jak słonce liże powoli miejsce boskości faraonów i ludzkiej pomysłowości budowniczych. Dla takich właśnie chwil wędruję po świecie. Daje to wiele dobrej energii.

Wesele w Gizie i dalej w drogę powrotną poprzez Synaj.

Nadszedł czas na opuszczenie Egiptu – z dwóch powodów : raz, kończy mi się wiza dwa, nie robi się tu zbyt bezpiecznie. W Kairze był zamach bombowy a w Gizie i innych miastach nocą słyszałem szczekaczki politycznych agitatorów. Na drogach, mimo ogromnego upału, policja stoi w kamizelkach kuloodpornych i hełmach. Na każdym check poincie kontrole są bardzo drobiazgowe. Więc wyjechałem jak najszybciej z Gizy i Kairu. A co się działo w Gizie? Otóż słysząc oryginalną, arabską muzykę graną na instrumentach poszedłem za nią w zaułki Gizy. I trafiłem na egipskie wesele. Mimo, że budziłem pewne zdziwienie zaproszono mnie do środka. Para młoda wjechała zabytkową limuzyną, przy akompaniamencie muzykantów. A potem uściski, życzenia itp. Ludzie ubrani byli po europejsku chociaż kobiety miały zasłonięte włosy. Ale jakie miały buty!! O tu każda Europejka by zzieleniała z zazdrości. Impreza mimo wspólnej przestrzeni podzieliła się na część męską i żeńską. Taniec wspólny to był tylko pary młodej do kamery i ewentualnie ojca z córką. Tak to generalnie kobiety tańczyły same. Para młoda siedziała na tronie obok estrady. Po zrobieniu paru zdjęć ulotniłem się do hotelu. A rano czekała mnie ekstremalna jazda rowerem po Kairze. Mimo wielkiego ruchu i wielu pasów w jedną stronę czułem się tu lepiej niż na prowincji, przynajmniej nie było tu na jezdni takiego brudu i niezabezpieczonych studzienek. Na przejazd pod Kanałem Sueskim trafił mi się fajny autobusik. Cieszyłem się, że jest szczelny i nowy bo po drugiej stronie na Synaju dopadła nas burza piaskowa.

Chcecie wiedzieć jak wygląda burza piaskowa? Otóż sztorm od Morza Czerwonego na odkrytych przestrzeniach zabiera tumany piasku. Na drodze zrobiło się prawie ciemno. Piasek walił w autobus jak nasze nawałnice burzowe. Wszystkie pojazdy zwolniły i jechały na awaryjnych. A do tego jakby gorączka się wzmogła. Cieszyłem się, że ten odcinek pokonałem autobusem, bo rowerem trudno byłoby mi przetrwać i jechać dalej. Wszystko by się zatarło, łącznie ze mną !! Okazało się, że kończą mi się pieniądze a egipskie bankomaty nie akceptują mojej karty. Dopiero tu, w Sharm, bankomat z logo mojego banku wydał mi jakieś funty egipskie. Teraz kombinuję jak je pozamieniać na dalszą podroż. Robię podejście nr 2 do Jordanii. Chcę zobaczyć oazę Wadi Rum i Petrę, a resztę jak się uda. Do Izraela chcę wjechać przez Palestynę. Trzymajcie za mnie kciuki!

Krzysztof Nowacki

przez Jacek

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.