Andrzej Lorbiecki: Dywersyjna akcja niemieckich pociągów pancernych

Nieprawdziwe wręcz fantastyczne opowieści dotyczące niemieckiego pociągu pancernego na stacji w Chojnicach krążą do dzisiaj. Jak powiedział największy propagandzista III Rzeszy „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Dziś po latach trudno jest dociec prawdzie, a najtrudniej sprostować wydane drukiem opisy. Jedynie żmudna weryfikacja dokumentów i wspomnień z tamtych lat doprowadza w nielicznych przypadkach do odkrycia prawdy historycznej.

Rejon miejscowości Chojnice odgrywał szczególną rolę w strukturze terytorialnej nie tylko dla regionu Pomorza ale także dla całości państwa Polskiego. To przez tę miejscowość biegła najkrótsza droga do Prus wschodnich przez osławiony „korytarz pomorski”. Ze względu na ukształtowanie terenu oraz bliskość wschodniej i zachodniej granicy państwa, niemożliwa była dłuższa obrona tego terenu przez wojsko polskie. Tak zwany „korytarz pomorski” stanowił dla Niemców ważny ciąg komunikacyjny pomiędzy Rzeszą i Prusami Wschodnimi. Od czasu powstania Wolnego Miasta Gdańska, i przekazania Polsce kontroli nad nim, był jednym z głównych przyczyn pogarszających się relacji między oboma państwami.

Powszechnie przyjmuje się, że to Tczew (4.34) i Wieluń (4.40) były miejscami pierwszych walk, jednak kolejnym punktem polskiego oporu, które w historiografii nie jest uwzględniane są Chojnice, gdzie wojna rozpoczęła się 1 września 1939 roku o godzinie 4.23. Niemniej Westerplatte pozostaje symbolem napaści Niemiec na Polskę.

W chwili rozpoczęcia I wojny światowej pociągi pancerne znajdowały się tylko w wyposażeniu armii niemieckiej oraz rosyjskiej. W czerwcu 1915 roku armia niemiecka posiadała 5 pociągów, a na przełomie roku 1916-1917 zbudowano kolejny. W chwili zakończenia pierwszej wojny światowej posiadała już 21 pociągów pancernych. Nakazy Traktatu Wersalskiego zabraniały Niemcom posiadanie pociągów. Przekazane zostały Anglii i Francji. W kwietniu 1921 roku kolej niemiecka uzyskała zgodę przez Aliancką Komisję Kontroli na wyprodukowanie oraz wprowadzenie do służby pociągów ochrony kolei, których zadaniem było ochrona szlaków kolejowych. Pociągi uzbrojone zostały w karabiny maszynowe Maxim MG 08 i 08/15 kaliber 7,92mm. Po dojściu Hitlera do władzy sytuacja uległa zmianie. W roku 1938 z rozkazu OKH (Oberkommando Der Heeres) postanowiono dozbroić siedem pociągów. Ostatecznie wzmocniono uzbrojenie tylko w 4 pociągach uzupełniając karabiny maszynowe MG 08 dwoma działami leiG 18 kaliber 75mm. Tak przerobione pociągi nazwano Kampfzug. Początkowo Wermacht nie popierał pomysłu utrzymania w swoim arsenale pociągów pancernych. Nowe pomysły w technologii produkcji czołgów i samolotów oraz doskonalenie taktyki sprawiły, że duże i ociężałe pociągi pancerne wydawały się odchodzić do historii. Pomimo tego, 23 lipca 1938 r. siedem pociągów pancernych znajdowało się w gestii Wermahtu. Każdy składał się z istniejących od 1920 r. pociągów zabezpieczających (ochronnych) Reichsbahn (Niemieckie Koleje Państwowe). Nie jest dokładnie znane, z których pociągów zabezpieczających (ochronnych) Reichsbahn, Eisenbahn-Panzerzug 3 (kolejowy – pociąg pancerny 3) był złożony, ale w 1938 r. znajdował się pod oficjalną kontrolą General Kommando, VII Armee-Korps w Monachium. Stałym miejscem stacjonowania pociągu PZ-3 było Monachium. Pociąg pancerny Uzbrojony był w armaty 7,7 cm FK 96 neuer Art. Na wyposażeniu posiadał samochód pancerny typu Sd Kfz 231, popularnie zwany przez polskich kolejarzy drezyną pancerną.

Tuż przed wybuchem wojny ruch pociągów pasażerskich na linii Tczew – Gdańsk zamarł niemal całkowicie. Jedynie na trasie tranzytowej Malbork – Tczew – Chojnice kursowały dwie pary pociągów towarowych i jedna para pociągów pospiesznych. Niemcy opracowali szaleńczy plan opanowania „korytarza pomorskiego” wysyłając w miejsce pociągów tranzytowych dwa pociągi pancerne które miały spotkać się w miejscowości Czersk. Z tej miejscowości, Panzerzug 3 miał wyruszyć w kierunku Kościerzyny, natomiast Panzerzug 7 w kierunku Szlachty a następnie w zależności od sytuacji na froncie, w kierunku Laskowic lub Bydgoszczy.

Z Malborka za tranzytowym pociągiem towarowym nr 963, w którym zamiast ładunku znajdowały się oddziały Selbstschutzu i SS, wyruszył Panzerzug 7. O 4,15 padają pierwsze strzały w Kałdowie, inspektor celny Stanisław Szarka wystrzeliwuje flarę alarmując Szymankowo. O 4,20 pociąg Tranzytowy (towarowy) dociera do Szymankowa. Stacja PKP Szymankowo (Simonsdorf), znana przed wojną jako Szymanowo, położona kiedyś na terenie Wolnego Miasta Gdańska, a obecnie niewielka żuławska stacja kolejowa na odcinku Tczew – Malbork magistrali Gdynia – Warszawa, była stacją graniczną na głównym szlaku Berlin – Królewiec. Do 1939 r. na stacji tej odbywała się odprawa celna towarów w komunikacji tranzytowej Prusy Wschodnie – Rzesza przez tzw. „korytarz pomorski”. Punktem zaś odprawy celnej w komunikacji pasażerskiej był przystanek osobowy PKP Kałdowo (Kalthof), obecnie dzielnica Malborka po drugiej stronie rzeki Nogat.

Za pociągiem 963, jako kolejny, na stację w Szymankowie wjeżdża pociąg pancerny, poprzedza go drezyna opancerzona. Pociąg 963 zostaje skierowany przez zawiadowcę stacji Pawła Szczecińskiego na boczny tor. Dlatego dalsza jazda tego pociągu mogła być kontynuowana dopiero po 30 minutach. Były to bezcenne minuty dla obrońców mostów. Dokładnie o godzinie 4.45 pociąg został zatrzymany przed mostem, a z wagonów zaczęli wybiegać Niemcy, których żołnierze 2. Batalionu Strzeleckiego przywitali ogniem z broni maszynowej. W ten sposób „Aktion Zug” spaliła na panewce.

Około godziny 6.10 wysadzone zostały wschodnie filary mostów od strony Lisewa. Droga przez Wisłę została dla hitlerowców zamknięta. Pół godziny później, o 6.40, polscy saperzy dopełnili dzieła zniszczenia wysadzając przyczółki i filary mostów od strony Tczewa zamykając niezmiernie ważny dla nieprzyjaciela ciąg komunikacyjny na wiele tygodni. Rano 1 września w Szymankowie grupa członków NSDAP, mszcząc się za skierowanie pociągu na boczny tor, wymordowała polskich kolejarzy, celników i ich rodziny. Ciała wrzucono do przydrożnego rowu i ustawiono tablicę z napisem: „Tu leży polska mniejszość narodowa” .


Do dyspozycji XIX Korpusu został przydzielony pociąg pancerny, który w początkowej fazie walk, miał współpracować z 20 Dywizją Piechoty Zmotoryzowanej. Nocą z 31 sierpnia na 1 września 1939 r. pojazd ten przybył do nadgranicznej stacji kolejowej Wierzchowo. Miał on podstępnie opanować dworzec Chojnicki oraz pozostawić część załogi, w celu utrzymania stacji, do czasu nadejścia sił głównych. Następnie pociąg pancerny miał jechać dalej w kierunku Czerska.

W Chojnicach II wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 r.o godz. 4,23. O tej godzinie zgodnie z rozkładem jazdy miał wjechać na stację zapowiadany pociąg pośpieszny Nr. 704 relacji Berlin – Królewiec. Zamiast niego na stację podstępnie wtoczył się niemiecki pociąg pancerny, Panzerzug 3. Wysadzony z niego desant w sile dwóch plutonów, który opanował bez walki stację kolejową, zabierając do niewoli kolejarzy i przypadkowych podróżnych. Za uciekającymi posypały się strzały. Dopiero około godz. 7,00 nastąpiło kontrnatarcie polskich żołnierzy.

W dniu 1 września 1939 r. o godzinie 1.00 władze niemieckie zapowiedziały przejazd, poprzednio wstrzymanego od dwóch dni, pociągu tranzytowego Nr 704 (osobowy pociąg pośpieszny), relacji Berlin – Królewiec, który zgodnie z rozkładem jazdy miał przybyć na stację Chojnice o godzinie 4.23.

O godzinie 4.15 dyżurny ruchu ze stacji niemieckiej Firchau (dzisiejsze Wierzchowo) zgłosił dyżurnemu ruchu w Chojnicach, odejście w kierunku Chojnic tranzytowego pociągu pośpiesznego. Pociąg ten osiągał średnią prędkość 80 km/h. W związku z tym dyżurny nakazał zwrotniczemu ustawić zwrotnice i przygotować tor w kierunku Tczewa. Zapowiedział pociąg do Czerska i wyszedł na peron, by odprawić zapowiedziany pociąg tranzytowy.

W tym czasie na polskiej lokomotywie stojącej na torze w okolicy „trójkąta” – (miejsce do obracania parowozów nie mieszczących się na obrotnicy), która miała podmienić niemiecką lokomotywę prowadzącą pociąg nr 704, przebywali: maszynista Wiktor Gdaniec, kierownik pociągu Franciszek Klonowski oraz drugi maszynista, który przygotowywał lokomotywę do trasy, Leon Szmagliński. Na peronie zaś czekali: palacz mający jechać tą lokomotywą i dyspozytor Jan Wałdoch.

Tego dnia w rejonie Chojnic panowała gęsta mgła, dlatego wjeżdżający na tereny polskie pociąg pancerny nie został rozpoznany przez wysunięte placówki 18 Pułku Ułanów Pomorskich i Straż Graniczną. Pociąg spokojnie podążał w kierunku Chojnic.

Na wyposażeniu pociągu był samochód opancerzony Sd Kfz 231 przystosowany do jazdy po szynach. Został on zaprojektowany w 1929 roku na bazie podwozia ciężarówki Daimler-Benz. Nadwozie było projektem Deutschen-Werke AG. Zbudowane było ze stalowych blach pancernych o grubości od 8 mm do 14 mm. Samochód został uzbrojony w karabin maszynowy MG-13 zamontowany w obrotowej wieży, później został zastąpiony przez MG-34.Wersja ostateczna otrzymała jeszcze działko 2 cm KwK 30. Produkowany był w latach 1932-1936. Napędzany był silnikiem Daimler-Benz M 09 co pozwalało mu osiągnąć prędkość do 65 km/h na drodze, a na torze kolejowym do 25 km/h. Załogę stanowiło czterech ludzi.

Tymczasem z Wierzchowa, zamiast pociągu pospiesznego, Niemcy podstępnie wyprawili pociąg pancerny panzerzug 3. Jak podaje niemiecki korespondent, pociąg podążał w kierunku Chojnic bardzo szybko, by uniknąć wysadzenia wiaduktów o których wiedziano, że są podminowane. Dalszy rozwój wypadków potoczył się błyskawicznie. Wysadzony z pociągu pancernego desant w sile dwóch plutonów, opanował bez oporu stację kolejową, zabierając do niewoli bezbronnych kolejarzy oraz przebywających w poczekali podróżnych. Za uciekającymi żołnierzami i kolejarzami zaczęto strzelać, raniąc kilku z nich. O godz. 5.10 dowódca pociągu pancernego, zameldował przez radiostację dowództwu XIX Korpusu Pancernego, że stacja Chojnice została opanowana. Na stacji pozostał wysadzony desant, pociąg zaś wycofał się ze stacji poza wiadukt (ul. Lichnowska) w celu lepszego ostrzału rejonu dworca i po pewnym czasie powrócił na peron II. Tutaj w materiale histograficznym tak polskim jak i niemieckim, następuje luka czasowa. Co robili Niemcy na stacji od godz. 5.10 do około godz. 7.00 – 7.30, kiedy to nie pełen 1-szy pluton pod dowództwem por. St. Noska nawiązał bezpośredni kontakt w walce ?
Stało się faktem, że zgrane działanie obu pociągów pancernych przez zaskoczenie, spełzło na niczym. W Tczewie wysadzono mosty i nie było mowy o wjeździe PZ-7 na stronę polską. Z pewnością zastanawiano się co robić dalej z planami użycia pociągu pancernego PZ-3. Czy na trasie nie dojdzie do wysadzenia pociągu a zarazem jego utraty jako wsparcia pancerno-artyleryjskiego. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że to w tym czasie na dworcu w Chojnicach opuszczono z wagonu na tory samochód opancerzony Sd Kfz 231, nazwany przez polskich kolejarzy drezyną, a nie tak jak pisali Jan Kreft i Konrad Ciechanowski, że drezyna wjechała na stację przed pociągiem. W związku z tym, że wstrzymano dalszą akcję pociągu pancernego PZ-3, logicznym stało się powierzenie misji zwiadowczej właśnie obsłudze tego samochodu. O przejeździe drezyny przez stację Chojnice (przed wjazdem pociągu) wspomina tylko w swych powojennych relacjach wydrukowanych w Bellonie, wtedy pełniący służbę dyżurnego ruchu Jan Kreft. Na czym oparł się również Konrad Ciechanowski, w Armia Pomorze. Wszystkie inne teksty dotyczące wjazdu drezyny (samochodu pancernego) są pochodną z tych dwóch poprzednich. Niemiecki korespondent wojenny w swej relacji Pociąg pancerny w walce o Chojnice 1 września (Kampferlebnisse aus dem Feldzug In Polen 1939, Berlin 1940), będący cały czas w pociągu pancernym nic na temat drezyny nie wspomina (jakoby ona miała jechać przed pociągiem), co staje się dziwnym w tak szczegółowym opisie. Tym bardziej, że pociąg jak wspomina, jechał z bardzo dużą prędkością by z zaskoczenia przejechać wiadukty, zanim Polacy wysadziliby je w powietrze. Drezyna tylko by tę prędkość hamowała i zaskoczenie nie byłoby możliwe.

Nieprawdziwe jest stwierdzenie, że to wysadzony wiadukt na ul Tucholskiej spowodował wstrzymanie dalszej akcji pociągu pancernego, o czym owy Niemiec w ogóle nie wspomina, a na pewno wykorzystałby ten fakt do usprawiedliwienia niepowodzenia. Na to, że pociąg ze stacji Chojnice nie pojechał dalej miały wpływ zupełnie inne czynniki – głównie niepowodzenie akcji PZ- 7, wysadzenie przez Polaków mostu w Tczewie. W literaturze podaje się też, że pociąg pancerny był atakowany siłami całej 1 kompanii strzeleckiej, co nie jest prawdą, ponieważ, był to niepełny pluton pod dowództwem por. St. Noska. Patrz: K. Ciechanowski, Walki pod Chojnicami 1 IX 1939 R., „Zapiski Historyczne”, tom XXVII, 1962, zeszyt 2, s. 193.


Dowódca 1 Batalionu Strzelców, ppłk Gustaw Zacny, poinformowany o opanowaniu przez nieprzyjaciela stacji kolejowej, zameldował o tym fakcie dowódcy Zgrupowania „Chojnice”, płk Tadeuszowi Majewskiemu. Pułkownik natychmiast wyznaczył gońca, w osobie Brunona Rozenkiewicza, który na rowerze udał się na stację w celu zdobycia informacji o sytuacji na dworcu.

Z wydanego rozkazu dla gońca wynikało, że zawiadowca stacji nie powiadomił telefonicznie dowództwa batalionu o zaistniałej sytuacji. Następnie dowódca wyznaczył stacjonujący w hotelu „Urbana” 1 pluton 1 kompanii, który pod dowództwem dowódcy 1 kompanii, kpt. Kazimierza Sochanika udał się na stację. Pluton, marszem ubezpieczonym, ul. Piłsudskiego i Dworcową dotarł na podwórko hotelu Dworcowego, gdzie dowódca kompanii zajął stanowisko dowodzenia, pozostawiając przy sobie około 20 żołnierzy. Natomiast ppor. Stanisław Nosek, dowódca 1 plutonu z pozostałymi żołnierzami, udał się w kierunku stacji. Początkowy rozkaz brzmiał: „Nacierać bezpośrednio na stację”, było to niewykonalne ze względu na odkryty teren i brak jakiejkolwiek osłony przed ogniem nieprzyjaciela. W związku z tym, por, Nosek nie chcąc utracić wszystkich swoich żołnierzy, zdecydował się na obejście budynków stacyjnych przez ul. Towarową.

Wspomina ppor. Stanisław Nosek: „W gęstej mgle, przy bardzo słabej widoczności, wyruszyliśmy na rozpoznanie niemieckich pozycji na zachodniej stronie dworca. Po minięciu budynków stacyjnych zbliżyliśmy się do torów kolejowych, na których stały wagony. Dla zorientowania się w sytuacji, pozostawiłem pluton za budynkami, a sam poszedłem na rampę kolejową, przy której stał pociąg osobowy. Gdy zbliżyłem się do pociągu osobowego, usłyszałem wezwanie Hände hoch i zobaczyłem dwóch Niemców ze skierowaną we mnie bronią. Dzieliła nas przestrzeń około 10 m. Błyskawicznie rzuciłem się na ziemię. W tym momencie Niemcy strzelili, lecz nie trafili mnie, a następnie wycofali się. W tej sytuacji nie miałem innego wyjścia, musiałem się wycofać, jeżeli nie chciałem dostać się do niewoli. Żołnierze pozostali za budynkami, a ja nie miałem najmniejszych szans nawiązania walki z Niemcami, gdyż nie posiadałem żadnej broni ani pistoletu, ani karabinu. Miałem jedynie malutki prywatny pistolet, nie nadający się do walki z uzbrojonymi Niemcami. W dniu powołania na ćwiczenia, jak również w dniu wybuchu wojny, nie przydzielono znajdującym się w kompanii oficerom rezerwy żadnej broni. Również pluton był niedostatecznie uzbrojony do walki z pociągiem pancernym, nie posiadał nawet karabinu przeciwpancernego.

Po tym swoim niefortunnym spotkaniu z Niemcami i po krótkiej wymianie ognia kontynuowaliśmy nasze zadanie. Doszliśmy do wolnych torów i rozpoczęliśmy grupkami przeskakiwać na ich drugą stronę. Odbywało się to przy akompaniamencie terkotu niemieckiego karabinu maszynowego, którego pociski dzwoniły po szynach kolejowych. Pomimo silnego ostrzeliwania nas przez Niemców, udało się nam przedostać na druga stronę bez strat w ludziach. Z powodu gęstej mgły Niemcy nie zdołali nas na czas wykryć. Mgła była z jednej strony naszym sprzymierzeńcem, a z drugiej strony utrudniała nam rozpoznanie pozycji niemieckich. Wykonując to zadanie, nacieraliśmy tyralierą na dworzec. Niemcy – jak się później okazało – nie mogąc rozpoznać naszych sił, schronili się do pociągu pancernego. Zabrali do pociągu również wszystkich jeńców – Polaków i wycofali się z dworca w stronę granicy. Przy małej widoczności Niemcy nie czuli się pewnie na dworcu wśród budynków i innych pociągów. Gdy nacieraliśmy na pociąg i stacje od strony wschodniej, przy narożniku nastawni obok budynku głównego dworca zginął obsługując r-kaem kpr. Józef Michalski. W pewnym momencie natknęliśmy się na mężczyznę, który ubierał bluzę munduru (zapinał ją). Na nasz widok wstał z ziemi. Jak się nie mylę, nie miał czapki. Był to oficer polski, podporucznik. Poinformował mnie, że uciekł Niemcom z niewoli oraz, że Niemcy opuścili budynek stacji. On natomiast musi iść do budynku po swoją walizkę. Nie znałem jego nazwiska, dzisiaj sądzę, że był to por. Stanisław Chmielecki. Odszedł i już go więcej nie widziałem.

W czasie natarcia na pociąg pancerny zetknęliśmy się z saperami, którzy, po wykonaniu zadania, wycofywali się z pola walki. W rozmowie z nimi dowiedziałem się, że z dwóch wiaduktów, znajdujących się przed dworcem, udało im się wysadzić jeden. Drugiego wiaduktu nie wysadzono, gdyż Niemcy zastrzelili saperów wykonujących to zadanie. Dostępu do wiaduktu strzegli żołnierze niemieccy. Po przejściu terenu stacji i stwierdzeniu, że Niemcy pod naszym naciskiem wycofali się, dotarliśmy przez plac przed dworcem i pod wiaduktem do miejsca postoju dowódcy kompanii z resztą plutonu. Od nich dowiedzieliśmy się, że pociąg pancerny przypuszczalnie zatrzymał się w pewnej odległości od wiaduktów kolejowych, znajdujących się przed stacją kolejową. W tej sytuacji otrzymałem znowu rozkaz od dowódcy kompanii: <>. Od dworca, w stronę granicy biegły tory kolejowe po wysokim nasypie, na którym w jakimś miejscu powinien był stać pociąg pancerny. Zgodnie z rozkazem, z pół plutonem w tej samej sile, ruszyliśmy na spotkanie z naszym wrogiem. Zmniejszony pluton, rozwinięty w tyralierkę, posuwał się wolno nasypem i wzdłuż niego. Po pewnym czasie we mgle zaczęły się rysować kontury jakiegoś pociągu. Gdy dotarliśmy do pociągu na odległość około 50 m, rozpoczął się pojedynek karabinów maszynowych. Był to pojedynek nierówny, gdyż dysponowaliśmy tylko dwoma ręcznymi karabinami maszynowymi. Pluton znajdował się na otwartym terenie, a Niemcy za płytami pancernymi. Jedynym naszym sprzymierzeńcem była mgła i wysoka trawa na nasypie pomiędzy torami kolejowymi. Padli ranni, krew żołnierzy 1 batalionu strzelców wsiąkła w ziemię chojnicką. Po pewnym czasie usłyszeliśmy, że maszynista uruchamia lokomotywę. Chwila napięcia – dokąd pojedzie? Czy do nas i całkowicie nas zniszczy, czy też do granicy? Wreszcie pociąg ruszył i zaczął toczyć się coraz szybciej w stronę granicy. A więc zadanie wykonaliśmy – zmusiliśmy pociąg do wycofania się. W ręce trzymam zdobyczny karabin. Nie jestem już bezbronny. Wracamy do miejsca postoju dowódcy kompanii”.

Zmuszono załogę pociągu pancernego do wycofania się ze stacji. Ostrzeliwujący się pociąg jeszcze dwukrotnie wraca na stację, na peron 2. W tym czasie saperzy wysadzają most przy ul. Lichnowskiej (drugi od strony miasta, pierwszego nie udało się wysadzić) aby nie dać możliwości manewru i wjazdu z drugiej strony budynku dworca. Około godz.10,00 pociąg został ostrzelany przez polskie działo polowe 75mm które dokonało w nim poważnych uszkodzeń. Następstwem tego pociąg pancerny zaczął się wycofywać w kierunku granicy państwa. Kiedy pociąg najechał na wiadukt kolejowy przy ul. Angowickiej, polscy saperzy pod dowództwem ppor. Dąbka wysadzili go. Tylni wagon z piaskiem (lora) zapadł się a tylni wagon artyleryjski zawisł na zwalonym wiadukcie. Niemiecki pociąg pancerny został unieszkodliwiony i nie był zdolny do dalszej walki.

Dalej wspomina ppor. Nosek: „Było około godziny 10.00. Otrzymaliśmy nowy rozkaz: „Zająć stanowisko po lewej stronie torów” (na wschód od torów) . Gdy zajęliśmy teren, przyjechali artylerzyści z jednym działem 75mm i zaczęli ostrzeliwanie pociągu pancernego”. Prawdopodobnie było to działo z 2 baterii por. Wiktora Wojciechowskiego – gdyż kierunek, z którego przybyło (podany przez por. S. Noska) jak i miejsce stanowisk bojowych tej baterii (najbliżej) przy torze i szosie do Czerska – na to wskazuje.

Jak się okazało, pociąg pancerny, zmuszony przez nas do wycofania się, wjechał na podminowany most kolejowy. Wysadzenie przez saperów mostu spowodowało unieruchomienie pociągu. Ostatni wagon zapadł się wraz z mostem. Unieruchomiony pociąg na moście stanowił dobry cel dla naszej artylerii. Kto nią dowodził, tego nie wiem. W każdym razie, ogień prowadzony z tego działa był nadzwyczaj celny i skuteczny. Z chwilą rozpoczęcia ostrzeliwania pociągu przez naszą artylerię, Niemcy opuścili pociąg, pozostawiając w nim uwięzionych Polaków”.

Tak relacjonuje to goniec wysłany na stację przez ppłk. Gustawa Zacnego, Brunon Rozenkiewicz: „Jadąc rowerem na stację kolejową, zauważyłem stojącego na rogu ulicy skręcającej na dworzec żołnierza w mundurze polskim. Dzisiaj przypuszczam, że był to niemiecki żołnierz przebrany w mundur polski. W pobliżu dworca, jak i na dworcu, panowała zupełna cisza. Nie było widać nigdzie żołnierzy polskich, jak również niemieckich i nie toczyła się żadna walka. Podjechawszy do budynku dworcowego postawiłem rower pod ścianę i wszedłem do wnętrza budynku. Tu już czekali na mnie Niemcy – wpadłem prosto w ich ręce. Żołnierze niemieccy zabrali mi karabin i wyjęli amunicję z ładownic. Nie rewidowali mnie, a miałem w kieszeni pistolet por. Rybakewicza. Po rozbrojeniu zaprowadzili mnie do poczekalni, w której już byli schwytani (aresztowani) kolejarze, pracownicy służby granicznej, cywile i żołnierze polscy. Pilnował ich żołnierz niemiecki. Stoły i krzesła były zestawione w kącie sali. Gdy byłem w poczekalni, po jakimś dłuższym czasie, usłyszałem strzelaninę na stacji. W czasie tej strzelaniny nastąpił potężny wybuch, który spowodował panikę wśród żołnierzy niemieckich – biegali tam i z powrotem w różne strony. Wreszcie zdenerwowani Niemcy zabrali więzionych Polaków z poczekalni i zaprowadzili do pociągu pancernego. Naszych żołnierzy jeńców, których w sumie było 14, umieścili razem w jednym wagonie. Kolejarzy, pracowników Straży Granicznej i cywilów umieścili w innych wagonach. Po załadowaniu wszystkich pociąg wyjechał ze stacji i po przejechaniu przez istniejący jeszcze drugi wiadukt – zatrzymał się. Po jakimś czasie usłyszeliśmy strzały – (to atakowała polska piechota). Niemcy odpowiedzieli ogniem z karabinów maszynowych. W czasie strzelaniny, jaka wywiązała się podczas postoju pociągu na nasypie, pociąg pancerny ruszył i posuwał się wolno w stronę granicy. W pewnym momencie usłyszałem huk, poczułem szarpnięcie, wstrząs i pociąg zatrzymał się. Był ostrzeliwany przez polską artylerię. W czasie tego ostrzeliwania załoga niemiecka opuściła pociąg i zajęła stanowiska obronne po obu stronach pociągu. Niemcy pozostawili Polaków w pociągu. Celne pociski niszczyły systematycznie wagony. Jedynie – dziwnym zbiegiem okoliczności – żaden pocisk nie trafił w wagon, w którym byliśmy my, żołnierze polscy. Otworzyliśmy włazy znajdujące się w podłodze wagonu i opuściliśmy pociąg. Po wyjściu z wagonu zauważyłem, że pociąg został uwięziony na wysadzonym przez saperów wiadukcie kolejowym. Z chwilą podejścia niemieckiej piechoty do pociągu, żołnierze niemieccy zabrali jeńców polskich i pod eskortą poprowadzili ich na zachód, do Niemiec”.

A tak widział to niemiecki korespondent: „W zaroślach przed nami zajmują stanowiska trzy cekaemy. Niszczy je w odległości 150 m działo z naszej wieży czołowej. Po stracie działonowego i celowniczego – kanonierzy strzelają sami. Wzmaga się ogień nieprzyjacielski, prowadzony z budynków stacyjnych i z gęstych rosnących dookoła krzaków. Ze skraju miasta, z dużej odległości strzelają prawie nie dające się rozpoznać armaty przeciw pancerne, pociski ich aż huczą po naszych ścianach pancernych. Bez przerwy strzelają wszystkie cekaemy naszego pociągu. Ale nie możemy zapobiec temu. Na domiar złego, nie widać wcale własnej piechoty, która mogłaby pomóc, wyswobadzając nas z tego diabelskiego kotła. Wtem padają pociski przeciwpancerne z najbliższej odległości. Celny strzał przebija wieżę dowodzenia, zabija dowódcę, dowództwo obejmuje zastępca. Podczas, gdy wszystkie cekaemy zwalczają ogień nieprzyjaciela, pociąg rusza powoli do tyłu, by nie stać się celem stałym. Ale cekaemy nasze mogą tłumić ogień małej tylko części broni nieprzyjaciela. Tylne działo ostrzeliwuje, kilka położonych o 70 m. w bok domów, w których zniknęli polscy żołnierze. Pociski wyrywają tam ziejące pustką dziury. Cekaemy skosiły cały długi parkan ogrodowy, za którym, aż roiło się od polskich strzelców. Wtem gwałtowny wstrząs poprzewracał ludzi i sprzęt. To pociąg wjechał na most, który wyleciał w powietrze. Tylny wagon budowlany zapadł się wraz z mostem, a tylny wagon artyleryjski zawisł wykolejony”… „Obok zajmują stanowiska nasze cekaemy. W tymże czasie, między 10.00 a 11.00 nadciąga wreszcie szpica piechoty. Ale jest jeszcze za słaba, by móc pod skutecznym ogniem nieprzyjacielskiej artylerii załogę naszą odciążyć. Gdy ogień nieprzyjaciela staje się coraz silniejszy, gdy płomienie ogarniają poszczególne wagony, gdy celne strzały wysadziły w powietrze amunicję wozu czołowego, załoga musi cofnąć się 200 m. Cekaemy zajmują ponownie stanowiska z kierunkiem ostrzału na południowy skraj Chojnic, by móc ogień nieprzyjacielski zmusić do milczenia”…

Tymczasem drezyna pancerna zatrzymała się za stacją w rejonie semaforów przy szosie do Tucholi oczekując na pociąg pancerny. W hali parowozowni już przystąpiono do formowania pociągu ewakuacyjnego, który zgodnie z ściśle tajną instrukcją władz wojskowych, miał udać się wraz z całą załogą parowozowni do Warsztatów Głównych Warszawa – Praga celem wzmocnienia tamtejszej załogi. Po załadowaniu akt biurowych, pociąg składający się z dwóch lokomotyw i 2 wagonów wyruszył z hali parowozowej w kierunku Tczewa. Niemcy z drezyny owy pociąg omyłkowo wzięli za panzerzug 3 i rozpoczęli jazdę w kierunku Rytla.

Wspomina Antoni Kula: ”Kiedy już nasz pociąg ewakuacyjny wjechał na tor główny w kierunku Tczewa, zauważyłem, że przed naszym pociągiem posuwa się jakiś pojazd. Po ukazaniu się słońca, można było w kolanach toru odczytać niemieckie znaki ze swastyką. Była to drezyna pancerna, która miała pilotować niemiecki pociąg w kierunku Tczewa. Na trasie zadzwoniono z budki strażniczej Krojanty do Rytla, żeby drezynę i posuwający się za nią pociąg skierować na ślepy tor. Niemiecka załoga drezyny kilkakrotnie przez właz wychylała głowy a widząc, że w ślad za nią podąża pociąg, spokojnie posuwała się naprzód. Zbliżając się do stacji Rytel, można było zauważyć dwuramienny semafor wjazdowy wskazujący wjazd na tor boczny zakończony kozłem odbojowym. Drezyna już stała przy samym koźle odbojowym. Wówczas jeden z maszynistów całym pędem i siłą parowozu, zderzakami uderzył w drezynę, następstwem czego została zmiażdżona, a zbiorniki z paliwem eksplodowały. Z drezyny wyskoczył jeden hitlerowiec z ręcznym karabinem maszynowym i usiłował wejść na parowóz, celem zlikwidowania całej drużyny parowozowej. W tej samej chwili jeden z kolejarzy wyrwał hitlerowcowi karabin i swoim butem podkutym podkową kopnął hitlerowca w czoło. Ten zalał się krwią i spadł ze schodów parowozu na ziemię. W tym czasie żołnierze Batalionu Obrony Narodowej „Tuchola” zajęli się resztą załogi drezyny. Załoga drezyny składała się z czterech hitlerowców. W drezynie znajdowało się 20 powrozów z konopi, do dziś nie ustalono ich przeznaczenia”.

przez chojniczanin.pl

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.