Robaki na talerzu w Kambodży – część II

Tak jak się umówiliśmy, Magda pewnych rzeczy próbowała innych nie, choć upierała się, że gdyby tylko była wystarczająco głodna to by mogła. Tak było do czasu gdy trafiliśmy na stoisko ze słynnym, w tej części Azji daniem „balut”.

„Balut” to zachwalany przez sprzedawcę przysmak i doskonale, jak często słyszeliśmy, działający afrodyzjak. W rzeczywistości są to jaja kurze lub kacze, zapłodnione i trzymane w cieple przez kilka lub kilkanaście dni, do czasu aż zarodek rozwinie się do oczekiwanych wymiarów. Potem, nim takie jajko trafi do klienta, gotuje się je i podaje w całości.

Właściciel straganu pochwalił się, że w innych częściach Azji jaja takie podaje się po bardzo krótkim leżakowaniu, gdy u ptaka nie pojawią się jeszcze pióra i dzioby. Tu jednak w Kambodży i Wietnamie jajka przechowywane są niemal miesiąc. Po tym czasie, wewnątrz skorupy leżą już niemal w całości uformowane pisklęta.

Uwierzcie mi, nigdy wcześniej nie widziałem niczego tak obrzydliwego. Mam też nadzieję, niczego takiego już nie zobaczyć. Nawet Madzia, nasz pokładowy twardziel, stwierdziła, że nie ma takich pieniędzy, które mogła by dostać za zjedzenie tego diabelstwa.

Jednak nie to co widzieliśmy na kambodżańskich talerzach wzbudziło naszą największą odrazę. Tym co przeraziło nas najbardziej to wszechobecny brud i śmieci.

Te ostatnie są dosłownie wszędzie. Gdy myślisz, że śmieci nie ma wokół ciebie to bądź pewien że są, tylko leżą za hotelowym murem, w jakimś dole czy w okolicznym lesie. Nawet w centrum stolicy Phnom Penh, hałdy odpadów są czymś zupełnie normalnym. Pracownik hotelu wyjaśnił nam, że większość nieczystości pali się po nocach bo nikt ich nie odbiera, a nawet jeżeli pojawi się jakaś firma sprzątająca to bierze pieniądze tylko za to, że kupę śmieci przewiezie z jednego miejsca w inne.

W najgęściej zaludnionych miejscach niemal zawsze towarzyszy nam zapach rozkładających się odpadków, smród moczu i inne zapachy trudniejsze do określenia, ale nie mniej nieprzyjemne.

W całej Kambodży na potęgę używa się plastiku. Plastikowe talerze, kubki, słomki, reklamówki, a w porze deszczowej foliowe peleryny i kaptury, które potem walają się wszędzie dookoła. Najgorsze jest jednak to, że ludzie rozrzucają cały ten plastik nie rozumiejąc jak wielką wyrządzają sobie krzywdę. Miarka się jednak przebrała gdy zobaczyliśmy gościa gotującego coś w przenośnej garkuchni. W pewnej chwili wyskoczył za najbliższą hałdę śmieci na szybką kupę, a później jak gdyby nigdy nic, otarł ręce w nogawki spodni i wrócił do nakładania palcami ryżu na talerze. W tym momencie postanowiliśmy jadać tylko w restauracjach. Pomimo tego jednak Kambodża była jedynym miejscem w Azji, gdzie nabawiliśmy się kłopotów z żołądkiem.

Cały powyższy, dość negatywny opis nie oznacza wcale, że w Kambodży nie można dobrze zjeść. Bardzo smakowały mi dania przygotowane według starych khmerskich przepisów.

Przede wszystkim „Kuy Teav” – wieprzowina gotowana w wywarze z czegoś o rybim zapachu i smaku. Znajdziecie w niej makaron ryżowy, kiełki „mung”, marchew no i wieprzowinę pod postacią klopsików lub płatów. Zupę jada się na śniadanie i bardzo mi smakowała.

Pyszne są też ciastka ryżowe nazywane tu „nom ka chay”. W ich wnętrzu znajdziecie szczypiorek i warzywa.

Co poza tym? Całkiem sporo. Na przykład „kdam chaa kreoung” czyli smażone kraby z pieprzem i cytrynami, szaszłyki wołowe i bardzo dobre zupy dyniowe w wielu odmianach.

Ze słodyczy bardzo nam smakowały ciasteczka kokosowe i dziwne galaretki o miętowym smaku no i owoce. W Kambodży jak w wszędzie w Azji można w zasadzie żywić się wyłącznie owocami. Kupicie je wszędzie i to dobrej jakości, pamiętajcie tylko o ich umyciu. Widząc jak wyglądają kambodżańskie miasta, wolelibyście nie sprawdzać ich szpitali.

Historyczna kuchnia khmerska jest bardzo bogata i znaleźć w niej można naprawdę ciekawe dania. Niestety podczas rządów Czerwonych Khmerów wiele lat głodu zmieniło ją zupełnie. To wówczas w menu pojawiły się robaki i gryzonie, które dziś budzą w turystach obrzydzenie.

Jedna ze staruszek, sprzedająca na targu owoce opowiedziała nam o latach głodu gdy ludzie gotowali trawę, korę drzew i wszystko co udało im się znaleźć lub złapać. Do garnków trafiały węże, pająki a nawet padlina.

Podsumowując muszę powiedzieć, że doświadczenia z kuchnią khmerską w Kambodży mamy pozytywne. Dość nietypowe smaki połączone z ciekawymi przyprawami dają dużo zabawy.

Inaczej sprawa wygląda gdy trafimy do miejsc, w których mieszka kambodżańska biedota. W takich okolicach ludzie jadają wszystko, zupełnie nie dbając o higienę osobistą i czystość wokół siebie. Gdy przyjdzie Wam przemierzać ubogie tereny radzimy zachować ostrożność gdyż łatwo się rozchorować i zepsuć całą przyjemność z podróży.

Ciekawostki związane z Kambodżą

  • Niewielu wie, że w czasie trwania zimnej wojny przez Azję, na wzór żelaznej kurtyny w Europie, przebiegała bambusowa kurtyna. Oddzielała ona kraje komunistyczne takie jak Kambodża i Wietnam od reszty kontynentu. Odbiło się to też na lokalnej kuchni. Pomimo sąsiedztwa Kambodży i Tajlandii, potrawy serwowane po obu stronach granicy mogą bardzo się różnić.
  • Przepisy w języku khmerskim spisane są alfabetem, w którym są 74 litery.
  • Kambodżanie sporo piją, rocznie na osobę spożywa się tu prawie 6 litrów spirytusu. W przeciwieństwie do Europy tutaj wlicza się do statystyk nawet niemowlęta i starców.
  • Danie zwane “balut” opisane wyżej jajo z rozwiniętym zarodkiem, jest w czołówce najobrzydliwszych i najbardziej wyrafinowanych potraw świata.
  • W okresie wielkiego głodu na talerze w Kambodży trafiły robaki, drobne gryzonie, płazy i gady. Nie znaczy to, że wcześniej ich nie jadano. W starych zapisanych, na kamieniach w Angkor Wat znaleziono spis specjałów, w których gustowali tamtejsi władcy. W starożytnym menu znajdowały się chrząszcze, węże i tłuste żaby.
  • Aby dobrze zorientować się w historii i niuansach kuchni khmerskiej warto odbyć kurs gotowania oferowany przez liczne hotele i restauracje.
  • Pomimo grabieżczej gospodarki jaka panowała tu przez cały niemal XX wiek w Kambodży wciąż można spotkać wiele rzadkich zwierząt zagrożonych wyginięciem. W rzece Mekong żyją delfiny krótkogłowe zwane tu “Irrawaddy” oraz wielkie żółwie “Cantora“, które są w Kambodży pod ścisłą ochroną. Za zabicie któregoś z nich do niedawna groziła kara śmierci.
  • Przez wiele lat Kambodża była kolonią francuską i wchodziła w skład Indochin Francuskich. Francuzi nie słynęli z dbałości o podbite kolonie i pustoszyli kraj na potęgę. Dziś niewiele po nich zostało. Z najbardziej pozytywnych rzeczy jaka rzuca się w oczy to wszechobecne bagietki francuskie zwane “paryskimi“. Jada się je wypchane mięsem i warzywami.
  • Na początku XX wieku w kambodżańskich miastach wałęsające się bezpańskie psy stanowiły spory problem. Władze zaczęły reklamować dania z psiny. Jeden z urzędników zachwalał kotlety z psiego mięsa twierdząc, że nigdy wcześniej nie jadł tak delikatnego mięsa. Psy na ulicach przestały być problemem.

Piotr Kizewski
www.naszeszlaki.pl

przez chojniczanin.pl

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.