Rowerem przez Armenię

Wczesny ranek 9 sierpnia 2014, 4:30 lotnisko Zvartnots, Armenia. Czterech przystojnych chłopaków rozpakowuje rowery, mocujemy bagaże. Ruszamy. Cel naszej podróży to zobaczyć Armenię i Górski Karabach. Armenia to najstarsze chrześcijańskie państwo na świecie (301 r. n. e.). Państwo na Kaukazie Południowym, graniczy od północy z Gruzją, od południa z Iranem i z azerską enklawą Nachiczewan, od wschodu z Azerbejdżanem ,a od zachodu z Turcją. Na równinach i przedwzgórzach Armenii panuje klimat podzwrotnikowy suchy o cechach kontynentalnych. Zamieszkuje ją 3,1 mln ludzi, ale 7 mln Ormian żyje poza granicami kraju. Największym wzniesieniem jest wygasły wulkan Aragac (4090 m n.p.m.) i to on jest pierwszy celem naszej podróży. Dopiero świta, a my już czujemy, że będzie bardzo ciepło i sucho, niebo niezmącone chmurką. Dookoła nas przedmieścia Erewania. Niska zabudowa, której stan przypomina nam lata 80 w Polsce. Po około 20 km zatrzymujemy się na śniadanko przy sklepie. Kupujemy twaróg, chałwę i chleb tzw. lawasz. Cieniutki placek robi się nakładając ciasto na formę przypominającą poduszkę, a następnie jednym wprawnym ruchem przylepia do rozgrzanej wewnętrznej ścianki pieca. Chleb znajduje się w środku ledwie przez chwilę. Dzięki temu, że lawasz jest bardzo cienki, piecze się w ekspresowym tempie. Prosisz panią o chleb, ta przygotowane ciasto wykleja do pieca i kiedy ty z ciekawością oglądasz i robisz zdjęcia, on jest już wyciągany zgrabnym ruchem i dostajesz wielką płachtę upieczonego ciasta. Najedzeni kontynuujemy podróż na Aragac. Ciągły podjazd sprawia, że każdy z nas dostosowuje tempo jazdy do własnych możliwości. W końcu mamy wjechać na wysokość około 3000m z 1000m npm.

Dzięki uprzejmości spotkanych jazydów rozbijamy namioty obok ich obozu, 4km przed szczytem. Skutkuje to tym, że wieczór spędzamy pośród nich w ich namiocie. Od wiosny do jesieni spędzają czas na wypasaniu owiec i produkcji pysznego sera. Spotkane kończymy późno w nocy na tańcu i śpiewach do muzyki z samochodowego radia. Skoro świt wstajemy i pierwsze zaskoczenie to przejmujące zimno, wysokość robi swoje. Widok gór również zaskakująco piękny. Kolejna niespodzianka – jedzenie, które zostawiliśmy przy namiotach, zostało w całości zjedzone wraz z reklamówkami przez pasterskie psy. Trzeba im oddać, że nie wyglądają na karmione. Tego dnia dojeżdżamy rowerami do stacji meteorologicznej na górze Aragac i rozpoczynamy zdobywanie jej szczytu. Przypadkowo wybieramy trochę niższy wierzchołek, tak więc trasa nie jest specjalnie trudna i zdążymy w kilka godzin wspiąć się i zdrzemnąć na szczycie. Wieczór spędzamy na graniu w karty, kosztowaniu armeńskiej kuchni i wina . Kolejny dzień to kilkugodzinny zjazd i jazda przez wsie i miasteczka w upale, aż człowiek tęskni za polskim zachmurzonym niebem. Wszędzie płasko i sucho, a w tle widać ośnieżoną górę Ararat ( święta góra Ormian 5137m). Na koniec dnia rozbijamy się na polu i próbujemy zasnąć. Ta noc jest naszą najgorszą. Upał i wszędobylskie komary nie pozwalają żyć. Mam wrażenie, że kiedy chowam się przed nimi w śpiworze, zaczynam się gotować, a one tylko spokojnie czekają, aż coś odsłonię… i się nie mylą. Po przebudzeniu rano na osłodę otrzymujemy od pasterza słodkiego arbuza.

Przez kolejne 2 dni jedziemy przez tereny suche, płaskie wzdłuż granicy z Turcją i azerską enklawą Nachicziwan. W międzyczasie zwiedzamy monastyr Khor Virap, miejsce uwięzienia Grzegorza Oświeciciela. Kilka zdjęć, ostatnie spojrzenie na Ararat i jedziemy dalej. Wieczór, trafiamy na wspaniałe miejsce – zakole rzeki Araks. Rozbijamy namioty pośród drzew, obok wznosi się majestatyczna skała. Mamy okazję wykąpać się w rzece i zrelaksować przy ognisku. Późno wieczorem okazuje się, że rozbiliśmy się na pastwisku dla krów. Próbujemy porozmawiać z pasterzem, ale okazuje się że zna jedynie język ormiański. Z gestów domyślamy się, że jest pasterzem całe życie i właścicielem 1 krowy ze stada. Siedzi z nami przy ognisku i wspólnie pijemy armeńskie wino.

Następnego dnia zwiedzamy średniowieczny monastyr – twierdzę Tatev. Pełniący rolę jednego z centrów religijnych i kulturalnych Armenii. Aby do niego dotrzeć, korzystamy z kolejki linowej o długości trasy 5,7 km, wiodącej nad malowniczym kanionem rzeki Worotan, trzeba go obowiązkowo zobaczyć i zwiedzić. Rowery z sakwami zostały przy stacji kolejki i po powrocie w stanie nienaruszonym je odnajdujemy. To koniec leniwej jazdy, zaczynają się całodzienne podjazdy. Kolejny dzień kończymy w mieście Goris. Dziś czujemy dreszczyk emocji – ruszamy do Górskiego Karabachu. Jest to terytorium zamieszkane przez Ormian, będące przedmiotem sporu pomiędzy Armenią, a Azerbejdżanem. Aby tam dotrzeć, trzeba wysoko wjechać, a następnie zjechać, później znów wjechać i tak przez półtora dnia. Uff… jesteśmy w Stepanakercie stolicy Górskiego Karabachu i załatwiamy wizę ( otrzymujemy ją na osobnym druczku, abyśmy nie mieli później problemów z wjazdem do Azerbejdżanu). Korzystamy z wifi w parku (telefony europejskie nie działają na terenie Górskiego Karabachu). Mimo deszczowej pogody zwiedzamy miasto na rowerach co ułatwiają szerokie ulice i chodniki. Mili ludzie, dobre jedzenie sprawia że pozostawia dobre wrażenie. Tego dnia mamy najgorszą pogodę w trakcie całej naszej podróży: zimno, wilgotno, mamy problem z rozbiciem namiotu.

Przez kolejne dni będziemy jechać górami przez cały Górski Karabach nad jezioro Sewan w Armeni. Klimat i przyroda kojarzą nam się z polskimi Pieninami. Tereny, wyludnione ze względu na minioną wojnę, są przepiękne, chciałoby się jechać wolniej, zostawić rowery i udać się na trekking w góry. Miejscami znajdujemy ślady wojny w postaci pomników czy sprzętu wojskowego. Trzy dni, tylko trzy dni w Górskim Karabachu – żal go opuszczać i za karę trzeci dzień jest czystą katorgą. Wiele godzin wspinamy się na przełęcz, pogoda jest przepiękna, temperatura umiarkowana my wykończeni. Z czasem jesteśmy tak wysoko, że widzimy chmury poniżej. Zewsząd otaczają nas wzgórza i słychać jedynie burczenie w brzuchach, skończyło się jedzenie. Nie przewidzieliśmy, że w pewnym momencie będziemy jechać przez odludne miejsca. Za przełączą, głodni i zmarznięci, trafiamy na piaskową burzę, uciekamy więc do przydrożnego baru. Tu już jesteśmy na terytorium Armenii. Dojeżdżamy do jeziora Sevan (1916 m n.p.m.), które objeżdżamy dookoła. Udaje się nam znaleźć urokliwy „ośrodek” w cenie 16zł od osoby, a jego wyposażenie określamy jako „wczesny Gomułka”. W łazience kran z wodą, ale okazuje się, że temperatura wody w kranie i w jeziorze jest taka sama. Tak więc decydujemy się skorzystać z jeziora. Zostajemy w ośrodku przez 2 dni. Jezioro, plaża jak z folderów, turystyczny błękit wody brak ludzi i otaczające nas góry, totalny spokój. Ten nastrój sprawia, że schodzi z nas zmęczenie z całej podróży. Gospodarz organizuje dla nas ucztę z raków. Ostatniego dnia zwiedzamy Erewań i udajemy się na lotnisko, pakujemy rowery i czekamy na nieuniknione czyli na zmierzenie się z problemami życia codziennego. Przejechaliśmy 1000 km.

Czy mieliśmy jakieś problemy? Wydaje się, że nie było nic przykrego oprócz komarów oraz wstrętu do koniaku u jednego kolegi. Mieliśmy zwykłe rowery typu trekking, cross i mtb i nie było z nimi żadnych problemów. Ludzie mili, sympatyczni, chętni do pomocy. Co bym zmienił, to na pewno ZABRAŁBYM MOSITIERĘ.

Krzysztof Singer

przez Jacek

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.